Samuel dorastał, a Pan był z nim. Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię (1 Sm 3, 19).
Pamiętam, byłam studentką, czytałam któryś z dramatów Bergmana. Trafiłam na zdanie, którego źródła dziś nie potrafię odnaleźć (czy to był dramat? czy scenariusz? a może omówienie?), ale zapadło we mnie głęboko i do dziś jest jednym z najważniejszych prawideł, którymi staram się kierować. Parafrazując, brzmi ono: „Nie da się podnieść słowa, które upadnie na ziemię”.
Dla mnie to jest o odpowiedzialności za wypowiedziane słowa. O świadomości, że raz powiedzianych słów nie da się cofnąć. One padają na ziemię, wpadają w ludzkie serce, i tam obumierają, aby wydać owoc. Jeśli są zatrute, powodują śmierć nadziei, dobra, tego, co w tym człowieku piękne.
Czytam dziś, że Bóg nie pozwolił Samuelowi upaść żadnemu jego słowu. Tak się rodzi prorok. Człowiek, którego Bóg woła po imieniu. Człowiek, który słucha. Człowiek, którego słowa, chronione przez Pana, nie zabijają.