Pan darował mu grzechy, moc jego wywyższył na wieki, zawarł z nim przymierze królewskie i dał tron chwały w Izraelu (Syr 47, 11)
Czy autor Księgi Syracha nie przesadził z tym peanem na cześć Dawida? A może odzywa się we mnie Ślązaczka, która prędzej zgani niż pochwali? Od kilku dni Kościół przedstawia mi postać króla Dawida - widzę jego oddanie Bogu, ale też i to, jak zabawia się z Betszebą, zabija jej męża Uriasza, a swoich synów traktuje jak bożki… Być może chce, bym dostrzegła, że historia grzechów Dawida to też ciąg jego reflektowania się, wzrastania w pokorze? Bym zauważyła, że to właśnie jest cenne w jego relacji z Bogiem? Bez grzechu z Betszebą nie miałabym psalmu: „Zmiłuj się nade mną Boże, w łaskawości swojej”, który znam na pamięć. Zachwyca mnie też konsekwencja Boga w miłowaniu i wzmacnianiu tego króla. Dawid wie, że wspierająca dłoń Boga jest zawsze na jego ramieniu. A najlepsze jest w nim to, że „po każdym swym czynie oddawał chwałę Świętemu, Najwyższemu słowami uwielbienia; całym swym sercem śpiewał pieśni i miłował swojego Stwórcę”. Dobrze by było, gdyby Ślązaczka nauczyła się od Dawida chwalić Boga, a nie tylko wskazywać dziury w całym.