Słowa Najważniejsze

Sobota 18 kwietnia 2026

Czytania »

Ks. Marek Porwolik Ewangelia z komentarzem

|

18.04.2026 00:00 GN 15/2026 Otwarte

Wyjaśnić, aby przewidywać

Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru.

Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: «To Ja jestem, nie bójcie się». Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali.

 J 6,16-21 

Apostołowie nie lękali się wieczornej przeprawy przez wzburzone jezioro. Ogarnął ich lęk dopiero, gdy zobaczyli Jezusa idącego po wodzie. Chcieli Go zabrać do łodzi, a wówczas łódź niespodziewanie dobiła do brzegu. Mamy tu do czynienia z dość osobliwym zachowaniem apostołów, którego interpretacja to być może zadanie dla psychologa. Mamy i działanie Jezusa, także trudne do wytłumaczenia na gruncie znanych nam dziś praw fizyki. Można je jednak wyjaśnić, gdy spojrzymy na nie z zupełnie innej, teologicznej perspektywy. Jezus jest kimś wyjątkowym. Nie jest tylko człowiekiem. Jest Bogiem, który nas bezgranicznie kocha. Jego miłość przekracza wszelkie granice, również te określone przez prawa fizyki. Czasem jak apostołowie nie lękamy się tego, co ma prawo wzbudzać lęk, a obawiamy się Tego, Kogo lękać się nie powinniśmy. Miłość Jezusa do nas, jak prawa nauki, pozwala wiele wyjaśnić i wiele przewidywać.

Czytania »

Radio eM Święty na dziś

Św. Ryszard Pampuri

Patrzę i nie wierzę. Naprawdę mamy dzisiaj w liturgicznym kalendarzu wspomnienie patrona wszystkich lekarzy. I żadnego tam św. Łukasza, Kosmy czy Damiana, którzy są tak odlegli od nas w czasie, że wydają się nieżyciowi. Otóż dzisiaj z pomocą wszystkim medykom przychodzi ktoś, kto urodził się w roku 1897, a swoje zawodowe umiejętności zdobywał na uniwersytecie w Pawii i w ogniu walki. I to dosłownie, bo jako student medycyny ratował od śmierci żołnierzy w czasie I wojny światowej.  Za swą służbę nagrodzony został brązowym medalem odwagi. To wtedy napisał znamienne słowa: "Co za marnowanie ludzkiego życia. Tylu rannych, tylu połamanych...". I to wtedy także ugruntowało się jego powołanie, by służyć Bogu w bliźnich, którzy potrzebować będą medycznej pomocy. Po powrocie z frontu kończy więc studia z najlepszym wynikiem i w roku 1923 rozpoczyna pracę jako lekarz ogólny medycyny i chirurgii w Mediolanie, dzień po dniu ciężko pracując na tytuł „świętego doktora”, który nadali mu pacjenci. Za co przypadł mu ten tytuł? Za traktowanie zawodu lekarza jako misji miłosierdzia. Za dzielenie się z chorymi nie tylko zdobytą wiedzą, ale w razie potrzeby wszystkim, co posiadał. Zdarzało się, że po wizycie u chorego wracał do domu w cudzych, zniszczonych butach, swoje zostawiwszy jakiemuś biedakowi. Innym znów razem oprócz leczenia pacjenta zaradzał także biedzie panującej w jego rodzinie. W czasach bez powszechnego dostępu do telefonów swoich ciężej chorych podopiecznych odwiedzał kilka razy dziennie, a nawet zaglądał do…nich nocą. Jeden z nich wspominał po latach, że w naprawdę krytycznych momentach doktor spędzał przy nim całą noc, nie przyjmując nawet filiżanki kawy. W czasie procesu kanonizacyjnego przywołano przypadek, kiedy nasz dzisiejszy patron przepisał pewnej staruszce codzienne przemywanie głowy lekarstwem. Ponieważ okazało się, że jej krewni nie chcą wykonywać tej prostej czynności, sam podjął się owej pracy. Na pytanie dlaczego to robi, udzielał prostej odpowiedzi, takiej samej, jak swojej siostrze, misjonarce w Egipcie, do której pisał: „W swoich pacjentach widzę Jezusa, to Jego leczę, pocieszam Tego, kto cierpiał i umarł za nasze winy”. W tych prostych słowach zwarta jest również poniekąd odpowiedź, skąd brał na to wszystko siły – z miłości Boga. Codziennie rano, przed pracą, przystępował do stołu Eucharystycznego, adorował Jezusa w tabernakulum, odmawiał Różaniec. Udzielał się także w działalności parafialnej. W końcu w wieku 30 lat podjął drugą przełomową decyzję w swoim życiu i wstąpił do zakonu szpitalnego św. Jana Bożego, tzw. bonifratrów. Co prawda, wiązało się to z koniecznością opuszczenia przez niego Mediolanu, ale zaowocowało jeszcze ściślejszym połączeniem powołania do miłości bliźnich przez lekarską posługę z pragnieniem bycia na wyłączność Boga. Kolejne trzy lata w życiu naszego dzisiejszego patrona lekarzy to praca na stanowisku dyrektora kliniki dentystycznej przy szpitalu prowadzonym przez braci św. Jana Bożego w Bresci. Niestety, w wieku 33 lat bohatera tej historii dopada bardzo ciężkie zapalenie płuc, które ostatecznie doprowadza do jego śmierci. Umiera tak jak żył, na pierwszej linii frontu w walce z chorobami. Kto taki? Św. Ryszard Pampuri.

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.