Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.
To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna».
W Ewangelii słyszymy dziś nie jedno, ale dwa przykazania. Owszem, padają słowa Jezusa o tym, byśmy się wzajemnie miłowali, ale wcześniej daje nam jeszcze jedno polecenie, a mianowicie: „Trwajcie w miłości mojej”.
To pierwsze przykazanie uświadamia nam obdarowanie. Jezus mówi: „Kocham was, wybrałem was. Wytrwajcie w tej miłości, którą was darzę”. Najpierw jest dar, a dopiero potem jest wymaganie – Pan Bóg zawsze postępuje w ten sposób. To jest Jego cecha, którą znakomicie wyczuł św. Augustyn, kiedy w „Wyznaniach” zapisał: „Daj, co nakazujesz, i nakazuj, co chcesz”. Bóg zatem nie wymaga czegoś od nas, zanim wpierw nam tego nie da. Najpierw daje, a dopiero potem wymaga. To mądra nauka i dla naszego życia: najpierw obdaruj, potem wymagaj.
Bł. Gizela Bawarska
brewiarz.pl
Choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale w pierwszej połowie X wieku, śmiertelnym zagrożeniem dla Zachodniej Europy byli Madziarzy, lepiej znani dzisiaj jako Węgrzy. Ich wojenne wyprawy regularnie grabiły tereny dzisiejszych Niemiec, Austrii, Włoch a nawet Hiszpanii. Było tak aż do roku 955, gdy doszło do jednej z najważniejszych bitew w dziejach Starego Kontynentu. W stronę obleganego przez Węgrów, a bronionego przez św. Ulryka Augsburga ruszyły zjednoczone wojska niemiecko-czeskie. Bitwa do jakiej doszło nad rzeką Lech była długa i krwawa. Militarnie plemiona węgierskie zostały pokonane, ale ich potencjalne zagrożenie spędzało sen z powiek kolejnych niemieckich władców. Dokładnie 30 lat po tych wydarzeniach na świat przyszła jednak dziewczynka, która miała te sytuację zdecydowanie odmienić. Być może dlatego otrzymała imię, które znaczy tyle, co zakładniczka. Ta, której los został przesądzony, by zaprowadzić trwały pokój. Gdyby spojrzeć do rodowodu tej dziewczynki, okazało by się, że była rodzona siostrą cesarza Henryka II. Już w dzieciństwie była prawdopodobnie uczennicą św. Wolfganga z Ratyzbony, który wcześniej był misjonarzem na terenie Węgier i miał namawiać dzisiejszą patronkę do wyjazdu na dwór w Ostrzychomiu, by przypieczętować pokój między Niemcami i Węgrami. Nie miała więcej niż 10 lat, gdy została zaręczona ze Stefanem, późniejszym królem Węgier. Zresztą owo królowanie dokonało się prawdopodobnie jedynie za jej sprawą, gdyż papież Sylwester II zgodził się na uroczystą intronizację pogańskiego księcia jedynie z uwagi na nieposzlakowany katolicki rodowód jego małżonki. Koronacja, która miała miejsce około roku 1001 dotyczyła zresztą obojga małżonków, co w praktyce oznaczało, że bohaterka naszej dzisiejszej historii była równoprawną monarchinią Węgier. Musiała być kobietą wyjątkową, bo przez 37 lat rządów dała swojemu mężowi i dzieciom taki przykład życia wiary, że zarówno król Stefan I Węgierski, jak i jeden z synów, Emeryk, zostali wyniesieni do chwały ołtarzy. Po tragicznej śmierci następcy tronu i naturalnej św. Stefana, przez królestwo Węgier przetoczyła się fala wewnętrznych sporów, których źródłem byli pogańscy pretendenci do korony. Jednak pomimo tych niepokojów, kraj nie odrzucił chrześcijaństwa. Zasługą była tu praca dzisiejszej patronki, która wytrwale przez cały okres swojego panowania fundowała coraz to nowe kościoły i klasztory. Jej staraniom przypisuje się nawet wystawienie katedry w Veszprem. Gdy jej osobiste bezpieczeństwo zostało w końcu zagrożone powróciła do Niemiec i wstąpiła do benedyktynek w Niederburgu. Zmarła tam w roku 1060 jako kseni, licząc sobie 75 lat. Czy wiecie państwo o kim mowa? O błogosławionej Gizeli Bawarskiej.