Oto nadejdzie, mówi Pan zastępów. Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, gdy On się ukaże? (Ml 3, 1-2)
Bóg zaprasza nas przez swoje Słowo do aktywnego oczekiwania na spotkanie z Panem. To czekanie nie tylko na nadchodzące Święta, ale również, w wymiarze eschatologicznym, czekanie na powtórne przyjście Jezusa (KKK 673)
Czym jest „aktywne oczekiwanie”? Jest odwrotnością czekania opartego tylko na deklaracjach, wyrażanego wzniosłymi słowami, ale niepotwierdzonego czynami. Słowo przestrzega: „Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, gdy On się ukaże?”. Dlatego potrzeba, byśmy oczekiwali Jezusa całymi sobą - sposobem życia, czynami, słowami i pragnieniami serca. To wymaga wewnętrznej integralności i dojrzałości, co zarazem staje się fundamentem na głębokie doświadczenie Pana.
Bóg w swojej dobroci obiecuje nam pomóc przygotować się na ów dzień: pojednać i zjednoczyć z innymi, byśmy jako jedno ciało mieli udział w ostatecznym panowaniu Chrystusa. Obiecany nam dostęp do Bożej chwały jest wart każdego wysiłku, by wprowadzić dziś konkretne zmiany w swoim życiu (2 Kor 4, 17).
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna.
Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Ale matka jego odpowiedziała: «Nie, natomiast ma otrzymać imię Jan». Odrzekli jej: «Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię».
Pytali więc na migi jego ojca, jak by chciał go nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I zdumieli się wszyscy.
A natychmiast otworzyły się jego usta i rozwiązał się jego język, i mówił, błogosławiąc Boga. Wtedy strach padł na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: «Kimże będzie to dziecię?» Bo istotnie ręka Pańska była z nim.
Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie. Łk 1,58
Cokolwiek Bóg czyni, czyni to z miłosierdziem. Słowa towarzyszące narodzinom Jana Chrzciciela to potwierdzają: „Pan okazał jej tak wielkie miłosierdzie”. Historia zbawienia, historia każdego z nas to nie ciąg przypadkowych wydarzeń. Bóg nie jest tu niemym i bezdusznym obserwatorem. On pochyla się nad człowiekiem z miłością. On nad każdym z nas powtarza słowa z Księgi Rodzaju: „Niech się stanie” i z radością przypatruje się, jak upodobniamy się do Niego. Boże Narodzenie to dobry czas, aby na nowo to odkryć i tym się zachwycić.
Jeżeli w kontekście zbliżających się świąt, Boża obecność w naszym życiu kojarzy nam się rodzinnie, milutko, wigilijnie - by tak rzec - to dzisiejsza patronka ma tę perspektywę znacząco rozszerzyć. Więcej nawet, ma pokazać coś wręcz odwrotnego. Oto Boża obecność nie jest umilaniem życia człowieka, tylko towarzyszeniem człowiekowi w trudach jego życia. Dlatego Dzieciątko rodzi się w grocie służącej za stajnię, a nie na zamku. I dlatego również życie dzisiejszej świętej przypomina bardziej dramat niż romantyczną komedię na święta. Zacznijmy od tego że przychodzi na świat w Kanadzie w roku 1701. Gdy ma siedem lat umiera jej tato, a rodzina znajduje się na skraju nędzy. Na szczęście z pomocą przychodzi pradziadek, który wysyła najstarszą córkę za własne pieniądze do zakonnej szkoły. Po powrocie do domu staje się ona wyręką dla mamy i nauczycielką dla rodzeństwa. Jednak jak to w życiu bywa ową sielankę niszczy pojawienie się mężczyzny. Jak to często bywa – nieodpowiedniego, a z całą pewnością nieodpowiedzialnego. Ale akurat ta jego cecha charakteru ujawniła się w pełni dopiero po ślubie z dzisiejszą patronką. I tak mamy młodziutką żonę i mamę oraz człowieka, którego pomysłem na życie jest handel nielegalnym alkoholem z Indianami. Biznes mocno ryzykowny dlatego w niedługim czasie mąż i ojciec umiera zostawiając dzisiejszą patronkę z dwójką synów i gigantycznymi długami do spłaty. Czy się załamała? Nie. Żeby nie umrzeć z głodu założyła mały sklepik. A ponieważ zauważyła, że ona nie ma jeszcze aż tak źle w życiu jak inni, dlatego do swojego domu przyjęła biedną, bezdomną i niewidomą kobietę, żeby się nią opiekować. Ludzie w większości pukali się palcem w czoło słysząc o tym pomyśle, jednak trzy młode kobiety uznały go za akt wielkiego bohaterstwa wiary. I postanowiły wesprzeć dzisiejszą świętą w tym nieszablonowym działaniu. Także jej synowie po latach docenili ten gest wybierając drogę kapłaństwa. A nasza dzisiejsza święta? Czy wreszcie miała święty spokój? Raczej nie biorąc pod uwagę, że jej dom się spalił, a jedna z jej towarzyszek umarła. Także dalekim od szukania świętego spokoju było wzięcie w zarząd upadającego szpitala Charon Brothers w Montrealu. Szpitala, który jak tylko udało się go postawić do pionu doszczętnie spłonął. Czy wtedy nasza patronka mając 64 lata usiadła na zgliszczach i zapłakała nad swoim losem? Nie. Ona zakasała rękawy i podjęła się heroicznej pracy odbudowy budynku, ale tym razem z przeznaczeniem na dom opieki dla najuboższych. I tak otworzyła pierwszy w Ameryce Północnej dom dla porzuconych dzieci. Po ludzku umarła z wyczerpania w roku 1771. Ale Ten, który towarzyszył jej przez cały czas w trudach jej życia, i z którym każdego dnia dzieliła swoją codzienność, wziął jej duszę do nieba. A Kościół uroczyście to potwierdził. Czy wiecie państwo kogo dzisiaj wspominamy? Świętą Marię Małgorzatę d'Youville.
Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.