Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich.
Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.
Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi.
Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku.
Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».
To nie była spowiedź, bo kobieta nie przyszła do Jezusa dobrowolnie ani nie wyznała grzechów. Jednak było to spotkanie kojarzące się ze spowiedzią, szczególnie wtedy, gdy kobieta pozostała z Nim sama. Doświadczyła Jego miłosierdzia, które podniosło jej godność zbrukaną przez popełniony grzech oraz przez oskarżycieli. Usłyszała wezwanie do nawrócenia. Czasem wstrząsem dla człowieka jest fakt, że ktoś go pochwyci na grzechu. Jednak grzech nie pojawia się tylko wówczas, gdy ktoś nas na nim pochwyci, ale zawsze, kiedy obrazimy miłość Boga, łamiąc któreś z przykazań, także wtedy, gdy czynimy to w skrytości. Zostały dwa tygodnie Wielkiego Postu. W kościołach są zasłonięte krzyże. Trwają rekolekcje. Wszystko to jest wezwaniem do nawrócenia i do dobrej spowiedzi. Miłosierny Jezus odpuszcza grzechy, gdy za nie żałujemy, przywraca zranioną przez grzech godność oraz wzywa do wytrwania w dobrem.
Czego najbardziej na świecie pragnął dzisiejszy święty? Ewangelizować niewiernych, najlepiej w odległej Japonii. Jak jednak tego dokonać? Najpierw trzeba zdobyć podstawowe wykształcenie. Tutaj nieświadomie pomogli mu rodzice, którzy w trosce o swoje dziecko oddali je do instytutu "Matki Bożej od Morza". Tam wyróżniał się tak dalece wśród kolegów, że ci zaczęli nazywać go "świętym". Gdy miał 14 lat, nasz patron podjął pierwszą świadomą decyzję na drodze do ewangelizowania pogan w dalekich krajach i zapisał się na uniwersytet w rodzinnej Barcelonie. Przez 10 lat pilnie studiował teologię i filozofię uzyskując w końcu tytuł doktora. Dwa lata później dodał do niego święcenia kapłańskie i w zasadzie był gotów do pracy. Zamiast jednak na misje, biskup Barcelony oddelegował młodego i wykształconego kapłana na kierownika instytutu, który ufundował Tomasz Gasneri, marszałek dworu królewskiego i przewodniczący rady państwa Aragonii. Tutaj nasz święty spędził kolejne 10 lat, ale swoich marzeń o misjach nie porzucił. Idealny moment nadarzył się w roku 1686 wraz z pieszą pielgrzymka do Rzymu. Wieczne Miasto dało mu bowiem kontakt ze znakomitymi osobistościami kościelnymi. Wystarczyło tylko skorzystać z ich protekcji, by stanąć przed obliczem papieża i poprosić o to, o czym się całe życie marzyło. Tu jednak zainterweniował sam Bóg. Oto któregoś dnia bohater naszej dzisiejszej dzisiejszej historii otrzymał wizję. Wizję w której Matka Boża dała mu zupełnie inne zadanie – zamiast do Japonii ma się udać z powrotem do Barcelony i tam spróbować ożywić wiarę. I jakby na potwierdzenie tych słów, Ojciec Święty oddelegował go do parafii p.w. Matki Bożej Sosnowej - Santa Maria del Pi – właśnie w Barcelonie. Zamiast wykłócać się z Bogiem, nasz święty wrócił więc do rodzinnego miasta i rozpoczął zupełnie nowy rozdział swego życia. Z bogatego instytutu wyszedł na ulice. Podjął pracę zarówno z najmłodszymi dziećmi, jak i najordynarniejszymi żołdakami. Słuchał spowiedzi żołnierzy i marynarzy, odwiedzał chorych i katechizował. Modlił się nieustannie za żywych i umarłych, nosił włosiennicę, żył wyłącznie o chlebie i wodzie, przyjmując pokarm tylko raz dziennie. Całe swoje dochody rozdawał ubogim i potrzebującym. A gdy w końcu zapadał zmrok, to nawet wtedy nie dawał sobie wytchnienia - spał bowiem tylko cztery godziny na dobę, w pozycji siedzącej na twardym stołku. I tak dzień w dzień i noc w noc, aż do 23 marca 1702 roku, gdy w 52. roku życia Bóg zabrał go do siebie. Spoczął tam, gdzie pracował – w kościele Matki Bożej Sosnowej. Kto taki? Św. Józef Oriol, kapłan, który dla Boga zrezygnował ze swoich marzeń.
Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.