Kiedy Jezus przyszedł do Nazaretu, przemówił do ludu w synagodze:
«Zaprawdę, powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman».
Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się.
To było podczas pierwszego publicznego wystąpienia Jezusa, na samym początku Jego działalności. Wszystko działo się w Jego rodzinnym mieście, w którym spędził 30 lat ukrytego życia. Jezus doświadczył odtrącenia przez swoich. To była pierwsza próba pozbawienia Go życia. W ciągu całej działalności Jezusa, polegającej na głoszeniu Dobrej Nowiny, na rozmowach i spotkaniach z ludźmi, na czynieniu cudów i znaków, będzie narastała niechęć, a potem wrogość wobec Niego. Niemała część społeczeństwa nie chciała Go słuchać. Prawda, którą głosił, była dla wielu nie do zniesienia.
Dziś dzieje się podobnie. Prawda o tym, że Jezus jest jedynym Zbawicielem świata, prawda dotycząca życia moralnego, zawarta w dziesięciu przykazaniach Bożych jest dla wielu nie do zaakceptowania, wręcz nie do zniesienia. Ten, kto chce stanąć po stronie Jezusa i Jego nauki, musi się liczyć z agresją, hejtem czy odrzuceniem. To prawie pewne. Może tego doświadczyć ze strony znajomych na portalach społecznościowych, a nawet od najbliższych w rodzinie.
Brakuje mi czasu na modlitwę. Bo często jedyne miejsce, gdzie mogę się w miarę spokojnie pomodlić to łazienka. Kiedy z niej wychodzę, to porywa mnie wir codziennych domowych obowiązków. To frustrujące. Przywołuję tutaj te usłyszane przeze mnie ostatnio słowa nieprzypadkowo. Dzisiaj bowiem mamy w Kościele wspomnienie kogoś, kto właśnie w takich zmaganiach może być bezcennym orędownikiem – a właściwie to orędowniczką, bo mowa o kobiecie. Co prawda św. Franciszka Rzymianka żyła w Wiecznym Mieście na przełomie XIV i XV wieku, jako bogata patrycjuszka. Jednak jej wewnętrzne, duchowe rozterki, pomimo upływu lat i odmiennej rzeczywistości społecznej, która dzieli jej świat od świata współczesnych kobiet, pozostają te same: jak pogodzić ze sobą bycie dobrą żoną, matką i osobą w pełni oddaną Bogu. Czy życiowe doświadczenie św. Franciszki Rzymianki może stanowić jakąś inspirację dla dzisiejszych, przytłoczonych obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi kobiet? Legenda mówi, że kiedyś cztery razy przerywano jej modlitwę przy tym samym wersie psalmu, który odmawiała. Kiedy za piątym razem powróciła do modlitwy, znalazła ten wers zapisany złotymi literami. Czy wtedy ją olśniło, tego nie wiemy, ale wiemy, że wypowiedziała następujące słowa: „Mężatka musi, jeśli wzywają ją rodzinne obowiązki, zostawić Boga przed ołtarzem i znaleźć Go w domowej krzątaninie”. Jak powiedziała, tak też i zrobiła. Św. Franciszka Rzymianka zaczęła na początek od dobrego traktowania tych, którzy byli od niej w jakiś sposób zależni – bliskich, służby, sąsiadów. To w nich jako pierwszych zaczęła dostrzegać obraz Boga. Potem zauważyła go w ubogich, których na ulicach Rzymu w XV wieku nie brakowało. Gdy w Wiecznym Mieście rozszalała się epidemia dżumy nasza patronka nie potrafiła przejść obojętnie obok chorych i umierających. To szaleństwo – ktoś powie. Owszem, ale przygotowujące tę kobietę do zmierzenia się z najtrudniejszym doświadczeniem: utraty. Bo św. Franciszka Rzymianka w wyniku wojny traci najpierw majątek, potem ostatnie swoje dziecko – dorosłego już syna – a na końcu męża. Czego jednak nie traci? Co w tym całym wirze codziennych i niecodziennych wydarzeń trzyma ją przy życiu? Doświadczenie Bożej miłości, która – jeśli się za nią pójdzie – przeprowadzi nas przez życiowe burze do bezpiecznej przystani. Dla św. Franciszki Rzymianki takim miejscem okazał się dom stowarzyszenia Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej, które to stowarzyszenie założyła wraz z innymi kobietami i do którego, już jako wdowa, wstąpiła. Zmarła 9 marca 1440 roku, mając 56 lat.
Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.