Nowy numer 3/2021 Archiwum

Zło osądzone

Nie ma dziś takiego miejsca na świecie, w którym ktoś odwołujący się do idei Hitlera miałby szanse na znaczące poparcie. Zawdzięczamy to procesowi norymberskiemu.

To nieprawda, że straszliwe masowe zbrodnie automatycznie dyskredytują każdą ideologię, w imię której zostały popełnione. Na przykład w Ameryce Południowej flaga z sierpem i młotem zwykłym ludziom nie kojarzy się z milionami ofiar komunizmu. Nie tylko zresztą tam. Nawet u nas osoby legalnie produkujące oraz kupujące koszulki z hasłem w języku hiszpańskim: „Jedyny kościół, który oświeca to ten, który płonie” zapewne zdają sobie sprawę, że cytują anarchistów z czasów hiszpańskiej wojny domowej 1936–1939. Czy jednak wiedzą, że dla głoszącego to hasło ­Buenaventury Durrutiego nie był to tylko wiecowy slogan, żart, gra słów? On naprawdę palił kościoły. Był też przywódcą bojówki, która urządzała bestialskie polowania na księży, torturując ich przed zamordowaniem w wyszukany sposób.

Dlaczego więc nikt nigdzie nie cytuje haseł Hitlera, Goebbelsa czy Himmlera? Dlatego, że hitleryzm, w odróżnieniu od komunizmu czy anarchizmu, miał swoją Norymbergę. W tym mieście w latach 1945–1946 odbył się proces 22 przywódców Trzeciej Rzeszy, a potem przeprowadzono 12 procesów tzw. następczych, w których osądzono mniej znaczące osoby. Dobór oskarżonych w głównym procesie nie był przypadkowy. Na ławę trafili nie tylko najwięksi żyjący zbrodniarze, ale też ważne osoby kierujące wojskiem, gospodarką, propagandą. Wydźwięk procesu był jednoznaczny: Trzecia Rzesza nie była normalnym państwem, tylko organizacją przestępczą. Tę naukę wpojono całemu światu i kolejnym pokoleniom.

Kwestia polska

Tuż po wojnie o hitlerowskich zbrodniach wiedziano znacznie mniej niż obecnie. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze zgromadził jednak w krótkim czasie imponujący materiał dowodowy. Dzięki temu, że jednym z oskarżonych był Hans Frank, generalny gubernator ziem polskich, w Norymberdze mocno wybrzmiała sprawa zbrodni na naszym narodzie. Zresztą liczący ponad tysiąc stron służbowy dziennik Franka był jednym z głównych materiałów dowodowych oskarżenia. To w Norymberdze po raz pierwszy zacytowano słynne zdanie Franka o różnicy między okupacją niemiecką w Czechach i w Polsce: „Widziałem kiedyś w Pradze ogłoszenie o siedmiu rozstrzelanych Czechach. Gdybym chciał drukować takie ogłoszenie o każdych siedmiu rozstrzelanych Polakach, zabrakłoby drzew w polskich lasach na papier na te ogłoszenia”.

Dzięki procesowi w Norymberdze żadne państwo nie może dziś w swojej polityce historycznej twierdzić, że Niemcy zostały do wojny sprowokowane przez Polskę. Na sali rozpraw odczytano nawet zeznania Alfreda Helmuta Naujocksa, który dowodził prowokacją gliwicką.

Prokuratorzy radzieccy próbowali przypisać hitlerowcom zbrodnię katyńską. Roman Rudienko, główny oskarżyciel radziecki, proponował sądowi przyjąć ustalenia radzieckiej komisji w tej sprawie, bez przesłuchiwania świadków. Sąd się nie zgodził, a zeznania świadków podważyły radziecką wersję. W rezultacie zbrodnia katyńska została wycofana z aktu oskarżenia.

Program szatana

Bardzo dogłębnie analizowano w Norymberdze nie tylko okoliczności zbrodni, ale też ich ideologiczne podstawy. To podczas procesu udowodniono, że ideologia nazistów była głęboko antychrześcijańska. Oskarżyciel amerykański Robert G. Storey zacytował tajny dekret z 1941 r. dla wszystkich gauleiterów [naczelników okręgów – przyp. red.] podpisany przez Martina Bormanna, jednego z najbliższych współpracowników Hitlera. „Koncepcje narodowosocjalistyczne i chrześcijańskie nie dadzą się pogodzić. (...) Gdy w przyszłości nasza młodzież nie będzie się mogła nic dowiedzieć o chrześcijaństwie, którego doktryna stoi znacznie niżej od naszej, wtedy chrześcijaństwo zniknie samo”. Bormann proponował opracowanie „dekalogu i katechizmu narodowosocjalistycznego” i apelował, że „w walce z Kościołami nie wolno uciekać się do kompromisów”. Prokurator nazwał ten dekret „programem szatana”.

Inny prokurator amerykański, Thomas J. Dodd, jako przykład antychrześcijańskiej propagandy przytoczył wymowną piosenkę Hitler-Jugend: Wir sind die fröchliche Hitler-Jugend/ wir brauchen keine Christentugend,/ denn unser Führer Adolf Hitler/ ist stets unser Mittler./ Kein Pfaffe, kein böser, kann uns hindern,/ uns zu fühlen als Hitlerkinder (To my, radosna Hitler-Jugend, nie potrzeba nam żadnych cnót chrześcijańskich, gdyż nasz führer Adolf Hitler jest naszym Zbawicielem. Żaden złośliwy klecha nie może przeszkodzić nam czuć się dziećmi Hitlera).

W Norymberdze wybrzmiały też słowa podkreślające męczeństwo polskich kapłanów. Jak mówił prokurator Storey: „Wedle liczby i ze względu na okrutne traktowanie na pierwszym miejscu znajdują się kapłani polscy. (...) W Dachau więziono 2800 duchownych tej narodowości. (...) W kwietniu 1945 r. przebywało tam jeszcze tylko 816 osób z wyżej wymienionej liczby. Reszta zmarła”.

Procesu mogło nie być

Dziś proces norymberski wydaje nam się oczywistą konsekwencją wojny. W 1945 roku tak jednak nie myślano. Wielka Brytania i Francja, dwa z mocarstw tzw. wielkiej czwórki, bardzo długo były przeciwne procesowi przywódców pokonanych Niemiec. Wysunięto nawet tzw. Plan Napoleona, żeby prominentów Trzeciej Rzeszy zesłać bez sądu na jakąś wyspę, tak jak cesarza Francuzów. Niechęć do wszczęcia procesu wynikała z dominującego w II połowie XIX i I połowie XX wieku nurtu w filozofii prawa, zwanego pozytywizmem prawniczym. Sprowadzał on prawo do zespołu norm, które nie muszą mieć związku z moralnością, ustalanych przez poszczególne państwa na określonym terytorium w określonym czasie. Stojąc na gruncie takiego rozumienia prawa, zbrodniarze hitlerowscy mogli się tłumaczyć, że ich postępowanie było zgodne z obowiązującym wówczas w Niemczech prawem, więc nie mogą być sądzeni. Impas przełamała tzw. formuła Radbrucha, którą w 1945 roku sformułował niemiecki prawnik Gustav Radbruch. Głosiła ona, że jeśli norma prawna łamie w drastyczny sposób normy moralne, to wówczas nie obowiązuje.

Przywódcy zwycięskich mocarstw mieli jednak jeszcze inne obawy związane z procesem. Jak bowiem uznać przywódców Niemiec za zbrodniarzy, skoro przed wojną podpisywało się z nimi pakty i układy umożliwiające im agresywną politykę? Wszyscy jeszcze pamiętali jak 7 lat wcześniej premier Wielkiej Brytanii sir Arthur Neville Chamberlain triumfalnie pokazywał dziennikarzom na lotnisku w Londynie tekst traktatu monachijskiego, oddającego Niemcom Sudety, wołając: „przywożę pokój dla naszej epoki”. Winston Churchill skomentował to wówczas krótko: „Chamberlain miał do wyboru hańbę lub wojnę. Wybrał hańbę, a wojnę będzie miał i tak”.

W końcu jednak prawnicy wypracowali formułę, na mocy której akt oskarżenia miał zawierać cztery punkty: 1. Wspólny plan, czyli spisek; 2. Zbrodnie przeciwko pokojowi; 3. Zbrodnie wojenne; 4. Zbrodnie przeciwko ludzkości.

Punkt pierwszy pozwalał na sądzenie osób, które osobiście nie popełniły zbrodni, ale stworzyły do nich warunki przez swoje działania organizacyjne (np. projektowanie obozów koncentracyjnych lub finansowanie ich budowy) bądź propagandowe (np. głoszenie rasistowskich i antysemickich tez o rzekomej genetycznej niższości i deprawacji narodu żydowskiego) i w ten sposób uczestniczyły w zbrodniczym sprzysiężeniu. Punkt drugi skupiał się na łamaniu międzynarodowych konwencji i traktatów. Dwa pozostałe punkty dotyczyły już wprost popełnionych zbrodni. Wina każdego z oskarżonych była rozpatrywana w każdym z tych czterech punktów.

12 oskarżonych skazano na karę śmierci (Martina Bormanna zaocznie, uważano wówczas, że uciekł, w rzeczywistości już nie żył), trzech na dożywotnie więzienie, dwóch na 20 lat, jednego na 15 i jednego na 10 lat pozbawienia wolności. Trzech uniewinniono. •

Cytaty z procesu podałem za książką Joe Heydeckera i Johannesa Leeba „Trzecia Rzesza w świetle Norymbergi”, Warszawa 1979.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Leszek Śliwa

Zastępca sekretarza redakcji „Gościa Niedzielnego”

Prowadzi stałą rubrykę, w której analizuje malarstwo religijne. Ukończył historię oraz kulturoznawstwo (specjalizacja filmoznawcza) na Uniwersytecie Śląskim. Przez rok uczył historii w liceum. Przez 10 lat pracował w „Gazecie Wyborczej”, najpierw jako dziennikarz sportowy, a potem jako kierownik działu kultury w oddziale katowickim. W „Gościu Niedzielnym” pracuje od 2002 r. Autor książki poświęconej papieżowi Franciszkowi „Franciszek. Papież z końca świata” oraz książki „Jezus. Opowieść na płótnach wielkich mistrzów”, także współautor dwóch innych książek poświęconych malarstwu i kilku tomów „Piłkarskiej Encyklopedii Fuji”. Jego obszar specjalizacji to historia, historia sztuki, dawna broń, film, sport oraz wszystko, co jest związane z Hiszpanią.

Kontakt:
leszek.sliwa@gosc.pl
Więcej artykułów Leszka Śliwy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także