GN 42/2020 Archiwum

Paradoks miłości wzajemnej

Jak skutecznie pomagać ubogim mówi ks. Jacek Stryczek

Piotr Legutko: Szlachetne paczki rozdane, orkiestra zagrała, możemy być z siebie dumni?

Ks. Jacek Stryczek: – Nie, bo jesteśmy krajem dorobkiewiczów. Zepsułem świąteczny program radiowy. Zadzwoniono do mnie, by uzyskać potwierdzenie, że pomaganie stało się naszą cechą narodową. Trochę nie zdając sobie sprawy z klimatu rozmowy, wypaliłem: nie, my wciąż jesteśmy pochłonięci głównie zarabianiem pieniędzy, które nas zaślepiają. No i nastrój świąteczny prysł.

Czyli jesteśmy dorobkiewiczami, a nie filantropami?

– Coś się z nami stało po wejściu do UE. To był czas koniunktury, wielu ludzi wyjechało, zarobiło tak dużo pieniędzy, że zaczęli nimi grać na giełdzie. Apogeum tego zjawiska nastąpiło w 2007 r., wtedy ofiarność darczyńców spadła o połowę w stosunku do lat sprzed wejścia do UE. Drastycznie spadła też liczba wolontariuszy. Ludzie przestali pomagać, zajęli się własnymi pieniędzmi.

A rok później zaczął się krach. „Wiosna” zrobiła wówczas happening pod Giełdą Papierów Wartościowych. Młodzi ludzie z nagrobnymi zniczami…

– Chcieliśmy w ten sposób pokazać, że gdyby te pieniądze, które z giełdy wyparowały, zainwestować w pomoc, nie zostałyby zmarnowane. Dałyby światło i ciepło. To, co się wówczas stało, powinno być traktowane jako lekcja, jak się nie należy obchodzić z pieniędzmi, co powinno nas motywować, co jest w życiu najważniejsze.

Może jednak tę lekcję odrobiliśmy, skoro Szlachetna Paczka tak pięknie się rozwija?

– Rzeczywiście, ofiarność w 2011 r. była dwukrotnie wyższa niż rok wcześniej. Jestem przekonany, że mamy do czynienia z nowym pokoleniem ludzi, którzy inaczej podchodzą do pomagania, Nie dają tylko z tego, co im zbywa. Ale to nie jest jeszcze reprezentatywna grupa Polaków.

Jestem duszpasterzem akademickim od 16 lat, obserwuję młodych i widzę pewien trend. Gdy pojawiają się pierwsze zarobione pieniądze, wiadomo, trudno się nimi dzielić, potem pracuje się na mieszkanie, trzeba spłacać kredyt, dalej nie ma się czym dzielić, potem trzeba kupić samochód, wyjechać za granicę… to nie ma końca! Nie mogłem uwierzyć, że tak dorobkiewiczowski styl życia można uznawać za godny naśladowania i nazywać aspiracyjnym.

I jak Ksiądz zareagował?

– Zacząłem studentom mówić o tym, że nawet jak się pieniędzy ma niewiele, trzeba się nimi dzielić. I zderzyłem się z barierą mentalną. Przez kilka lat odbijaliśmy się od niej, słysząc, że od pomagania jest państwo, więc czego ode mnie chcecie? Można dawać żebrakom czy na dom dziecka, ale nie rodzinom. To spadek po PRL, jak sama instytucja domu dziecka i przekonanie, że powinno się dawać ubogim używane ubrania. I niech się cieszą… Wiedzieliśmy, w jakie realia wchodzimy. „Wiosna” była próbą solidarnościowej rewolucji, zmiany w sposobie myślenia, a nie tylko kolejną organizacją charytatywną. Naszym ideałem było przywrócenie solidarności na co dzień, takiej pomocy sąsiedzkiej.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama