GN 43/2020 Archiwum

Jak cierpliwie budować nową Polskę?

Przełożenie katolickiej nauki społecznej na codzienne życie jest wciąż przed nami. Jeszcze raz chcę podkreślić, że jeśli ktoś myśli, iż istnieje jakiś geniusz, który przez przyciśnięcie guzika wprowadzi w Polsce poczucie prawdy, sprawiedliwości, równości i wielu innych ważnych spraw, to jest w błędzie. To jest proces.

- Beatyfikacja Jana Pawła II będzie wielkim świętem dla Kościoła i całej Polski. Wszyscy o tym mówią, ale często w tej wielkości postaci Jana Pawła II i jego dzieła trochę umyka sam człowiek jako taki. Jak Ksiądz Arcybiskup, pracując długie lata w Watykanie, zapamiętał Karola Wojtyłę?

Abp Józef Kowalczyk: By odpowiedzieć wyczerpująco trzeba by na ten temat napisać książkę. Ja tylko tyle mogę powiedzieć, że jestem osobiście szczęśliwy, że proces beatyfikacyjny dobiegł końca, że Benedykt XVI, który znał Jana Pawła II osobiście, a nie z książek czy z opowiadania, nie miał wątpliwości, gdy chodzi o jego świętość. Najlepszym dowodem jest to, że udzielił dyspensy od normy prawnej mówiącej, że wszczęcie procesu beatyfikacyjnego może nastąpić dopiero po pięciu latach od śmierci danej osoby. W wypadku Jana Pawła II został on wszczęty w trzy miesiące po śmierci. Ważne jest, że choć Benedykt XVI przekonany był o świętości Papieża-Polaka, to jednak nie zaniechał procedury, która jest wymagana przez prawo kościelne.

Gdy chodzi o moją wiarę i osobiste przekonanie, to proces był niepotrzebny, bo jestem głęboko przekonany o świętości Jana Pawła II. Byłem bowiem świadkiem jego postawy i czynów. Tak mogli żyć i działać tylko ludzie święci. Beatyfikacja to ukazanie osobistej świętości danego człowieka w wymiarze Kościoła lokalnego. W tym wypadku ten Kościół lokalny znacznie się poszerzy i nie ograniczy jedynie do diecezji rzymskiej i archidiecezji krakowskiej. Obejmie cały Kościół powszechny.

- Co najbardziej uderzało w Papieżu jako w człowieku?

Abp Józef Kowalczyk: Zawsze podziwiałem Jana Pawła II za jego sposób traktowania ludzi, a przede wszystkim widziałem w nim człowieka modlitwy. Pamiętam czas Soboru Watykańskiego II. Byłem wówczas studentem mieszkającym w Instytucie Polskim. W pokojach nie mieliśmy telefonów; aparaty były tylko na korytarzach. Pewnego dnia ktoś zadzwonił i poprosił do telefonu abp. Wojtyłę. Odpowiedziałem, że spróbuję go znaleźć. Zszedłem do części, gdzie mieszkali ojcowie soborowi. Zapukałem do pokoju abp. Wojtyły i dość energicznie, nie czekając na odpowiedź, wszedłem do środka. Zobaczyłem go klęczącego na podłodze przy biurku i odmawiającego brewiarz. To taki mały przykład tego, jak łączył swoje życie i działanie z modlitwą.

Inny przykład. Swoje teksty pisał zawsze po polsku i nie numerował stron tak jak my 1-2-3, ale oznaczał je słowami modlitwy. Np. na pierwszej stronie encykliki Redemptor hominis są słowa: „Totus Tuus”, na drugiej – „ego sum”, na trzeciej – „ed omnia mea”, itd. Tak numerował strony zamieniając swoją pracę w modlitwę. A wracając jeszcze do pierwszej encykliki. Kiedy dostaliśmy jej tekst spytałem: „Kiedy Ojciec Święty miał czas to wszystko przemyśleć, że tak szybko daje nam teksty?”. „Człowieku – odpowiedział – ja to wszystko z Polski przywiozłem, ja tym w Polsce żyłem, teraz tylko to wszystko przelałem na papier”. I okazało się, że encyklika Redemptor hominis, w której czytamy, że „człowiek jest drogą Kościoła”, stała się wydarzeniem światowym, obudziła nową świadomość w całym Kościele powszechnym. Jeśli więc ktoś spyta: „Co Polska może dać światu?”, to odpowiem: „Możemy dać wiele, tylko trzeba mieć świadomość swojego bogactwa duchowego”.

« 1 2 3 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama