Nowy numer 3/2022 Archiwum

Moc kultury

Bez promocji kultury narodowej nawet najlepiej uzbrojone państwa nie miałyby wiele do powiedzenia na globalnej arenie. Wszystkie światowe potęgi rozumieją, że kultura stanowi „miękką siłę” (soft power) w budowaniu własnej pozycji międzynarodowej.

Możliwe, że pierwsze skojarzenia z takim podejściem do kultury obudzą w kimś niechęć lub podejrzliwość. Po pierwsze, część z nas ma na tyle dość polityki w życiu codziennym, że chciałaby przynajmniej w kulturze, w obcowaniu ze sztuką, poczuć wolność od wszelkich politycznych kontekstów i podtekstów. Po drugie, niektórym może to kojarzyć się z epoką, gdy kultura była oficjalnie „zatrudniona” przez totalitarne państwo do umacniania przewodniej roli „jedynie słusznej” ideologii i partii. Zresztą pokus na tym tle nie brak również i w czasach demokracji, bo każda siła polityczna (czy to będąca u władzy, czy też o nią zabiegająca) lubi otaczać się przychylnymi jej artystami, a i wśród artystów nie brak poczucia „misji” w tym obszarze. Tyle tylko, że tutaj nie chcemy mówić ani o jednym, ani o drugim przypadku.

Polityka bez polityki

Chcemy powiedzieć o zupełnie innej roli kultury niż zasygnalizowane na wstępie skojarzenia z uwikłaniem w politykę czy służbę jakiejś ideologii. Nie chodzi bynajmniej o utopijne założenie, że kultura wolna od polityki zawsze musi być pozbawiona wszelkich odniesień do rzeczywistości społeczno-politycznej – nie tylko nie musi, ale w niektórych przypadkach jest to wręcz niemożliwe, np. gdy kino czy literatura starają się przedstawić w formie artystycznej różne wymiary realnego życia. Chodzi jednak o coś zupełnie innego: jest taka przestrzeń oddziaływania sztuki, która wykracza i poza nią samą, i poza doraźne wykorzystywanie jej przez jakąś frakcję. Może to być nawet najbardziej bezinteresowne w treści i formie dzieło – obraz, muzyka, ale też film czy sztuka teatralna – niemające w sobie nawet najmniejszych skojarzeń z polityką, a jednak mogące pełnić rolę ambasadora danego kraju, stając się nie tylko jego wizytówką, ale dosłownie towarem eksportowym. Ten proces może być rzeczywistością całkowicie oddolną, pozbawioną jakichkolwiek intencji i ambicji „podbicia świata”, co nie przeszkadza, by dzieło żyło później swoim życiem, zdobywając uznanie i dla artysty, i dla kultury kraju, w którym tworzy. Może to być jednak również umiejętnie kreowane przez świadome roli kultury władze państwowe – ze wsparciem dla samych artystów, ale bez pozbawiania ich autonomii w twórczych poszukiwaniach i właściwej sobie ekspresji. Tak rozumiana polityka kulturalna przynosi dobre owoce zarówno dla kultury, artystów, dla obywateli danego kraju, jak i dla pozycji międzynarodowej państwa.

Na miarę ambicji

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że taką rolę pełni m.in. zakończony niedawno Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Nie tylko polski kompozytor i jego muzyka są marką samą w sobie, rozumianą, wykonywaną i przeżywaną przez artystów z różnych części globu (więcej o tym w rozmowie obok). Również samo wydarzenie konkursu, towarzysząca mu oprawa medialna, prestiż i wreszcie zainteresowanie licznych odbiorców na całym świecie tworzą pewną całość, składającą się na wspomnianą na wstępie „soft power” (miękką siłę) państwa. Dziś praktycznie wszystkie znaczące uniwersytety na świecie na swoich wydziałach nauk społecznych prowadzą badania nad wspomnianym zjawiskiem czy raczej właściwością świadomego siebie państwa. Powstają coroczne raporty, analizujące wzrost lub słabnięcie „miękkiej siły” w poszczególnych państwach. Jest na ten temat również bogata literatura naukowa.

Czym zatem jest „soft power” w zakresie kultury? Można by posłużyć się językiem handlowym i powiedzieć, że to eksport produktów kultury, tworzenie zapotrzebowania na nie u konsumentów na całym świecie – ale to za mało, by zrozumieć jej istotę. Trzeba więc umieścić ją w kontekście całej „soft power”, na którą – poza kulturą narodową – składają się również polityka zagraniczna i dyplomacja, język i kuchnia, turystyka i sport, a także rozpoznawalne marki różnych branż. W odróżnieniu od „hard power” (twardej siły), czyli armii i potencjału ekonomicznego, „soft power” nie opiera się na żadnym przymusie, odstraszaniu, presji, o agresji nie wspominając. Upraszczając, można powiedzieć, że istotą „miękkiej siły” jest zapewnienie państwu tych samych korzyści, jakie daje silna armia (której celem jest również odstraszanie potencjalnego agresora), ale – mówiąc obrazowo – bez jednego wystrzału. A tą pożądaną korzyścią jest odpowiednia do własnego potencjału i ambicji pozycja w globalnej układance. Nie trzeba mieć habilitacji z nauk społecznych, by rozumieć, że kultura narodowa pełni ogromną rolę w tym wielowymiarowym procesie. Rozumieją to wielcy i mniejsi świadomi siebie gracze na arenie międzynarodowej.

Więcej niż PKB

To jasne, że „miękką siłę” stosowały – choć tak jej nie nazywały – praktycznie wszystkie mocarstwa od zarania dziejów. Dopiero jednak na początku XXI wieku tę rzeczywistość ubrał w słowa i zdefiniował amerykański politolog Joseph Nye, który jako pierwszy użył określenia „soft power”. Jego zdaniem jest to po prostu umiejętność osiągnięcia celów politycznych danego państwa bardziej przez jego atrakcyjność niż przez siłę militarną i ekonomiczną. Ważna uwaga: to nie jest żaden pacyfistyczny koncept, wzywający do rozbrojenia. I sam Nye, i jego kontynuatorzy uważają, że „soft power” nie ma zastąpić „hard power”, tylko być jej uzupełnieniem. Ideałem jest oczywiście, by „twarda siła” nie musiała być wykorzystywana, a temu może przysłużyć się właśnie rozwijanie „soft power”, nie jest to jednak to samo, co naiwna rezygnacja z potencjału zbrojnego. Pojęcie „miękkiej siły” zbiegło się w czasie, a właściwie było wzmocnieniem tzw. zwrotu kulturowego w stosunkach międzynarodowych. Politolodzy wskazują tutaj na prace amerykańskiego etnologa Edwarda Halla, który prowadząc kursy dla kandydatów na dyplomatów, doszedł do wniosku, że znajomość kultury jest podstawą budowania relacji między państwami. To odpowiadało teorii Nye’a, twierdzącego, że siła państwa nie zawsze zależy od mierzalnej siły ekonomicznej, ale właśnie od trudniejszej do zmierzenia siły „tajemniczego przyciągania i uwodzenia”. Zdaniem Nye’a „soft power” to inaczej siła atrakcyjności. A nie ma nic bardziej atrakcyjnego niż kultura, więc świadome swoich ambicji państwa robią wszystko, by kultura ich krajów stała się towarem eksportowym, wzmacniającym ich pozycję międzynarodową.

Branding ma power

W corocznym raporcie dotyczącym „miękkiej siły” („The Soft Power 30. A Global Ranking of Soft Power” publikowany przez ośrodki Portland i USC Center on Public Diplomacy) poszczególne kraje zamieniają się miejscami, ale w pierwszej piątce nieustannie królują: Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Szwecja, USA. Polska znajduje się w okolicach 20. pozycji w rankingu, co jest wynikiem średnim. Przy czym na wysoką pozycję pierwszej piątki z pewnością pracują również inne elementy „soft power”, zwłaszcza dyplomacja, ale jednak kultura narodowa, eksportowana na cały świat, stanowi ważną część ich „miękkiej siły”. Wynika to z tego, że rządy tych krajów (ale również innych, znajdujących się wysoko w rankingu, jak np. Japonia czy Chiny) profesjonalnie traktują tzw. branding narodowy – to znana w polityce międzynarodowej koncepcja traktowania państw jako marek, co przekłada się na dbałość o pozytywny wizerunek kraju.

Przy takiej polityce np. Stany Zjednoczone mogą prowadzić wojny w różnych częściach świata, mogą nawet ponosić porażki, jak ostatnio w Afganistanie, ale dzięki „brandingowi” i tak będą kojarzone głównie z sukcesem, wielkim kinem i atrakcjami turystycznymi. Podobnie Chiny – państwo komunistyczne może być represyjne wobec własnych obywateli, może zbroić się po zęby po to, by urosnąć na godnego następcę USA w roli światowego hegemona, ale ludziom na całym globie i tak kojarzą się one z rosnącą potęgą technologiczną oraz egzotyczną, oryginalną i pociągającą kulturą.

Bez kompleksów

Świadoma siły „brandingu” Japonia również osiągnęła swoją pozycję polityczną i gospodarczą dzięki inwestowaniu w szeroko rozumianą „soft power”, w tym także w zakresie kultury. Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX w. w całej Azji furorę robiła japońska telenowela, dzięki której miliony widzów oswajało się nie tylko z japońską kulturą, ale i japońskim przemysłem samochodowym. Podobnie działa dzisiaj Turcja, której seriale podbijają Europę. Nie inaczej przez lata robiła i nadal robi Francja, która budowała swój wizerunek zwłaszcza poprzez kino, muzykę i kuchnię. W tej konkurencji oczywiście nie do pobicia są Amerykanie ze swoimi hollywoodzkimi produkcjami (nawet jeśli ocierają się nieraz o kicz), z tą różnicą, że tam „soft power” jest tworzona częściej oddolnie, niż bywa kreowana i wzmacniana przez rząd. Polska zatem nie powinna mieć kompleksów, by mocno inwestować w ten kierunek umacniania swojej pozycji międzynarodowej. I niekoniecznie musi to być pozostawiający wiele do życzenia poziom Eurowizji. Popularność Konkursu Chopinowskiego pokazała, że możemy budować również na kulturze, której nie trzeba się wstydzić. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy