Nowy numer 25/2021 Archiwum

Jak być dobrym spowiednikiem?

Zanim spowiednik zacznie oceniać, powinien dobrze zorientować się w sytuacji penitenta: społecznej, psychicznej, moralnej. Powinien być solidarny z penitentem. Dopiero potem może odwoływać się do zasad moralnych - mówi o. dr Piotr Jordan Śliwiński, przedstawiając naukę płynącą z praktyki św. Leopolda Mandicia. Dziś przypada wspomnienie liturgiczne tego charyzmatycznego spowiednika.

Jarosław Dudała: Podobno kapucyni pół żartem spierają się między sobą, który spośród ich współbraci był większym spowiednikiem: św. o. Pio czy św. Leopold Mandić...

O. dr Piotr Jordan Śliwiński OFMCap: Trzeba by spytać, co to znaczy: "większym"...

Wzrostem większy na pewno nie był Leopold Mandić, bo liczył zaledwie 135 cm... Ale nie o to przecież chodzi.

Nie przeliczymy tego też na liczbę wyspowiadanych penitentów czy gwałtownych nawróceń przy ich konfesjonałach. Każdy z nich reprezentuje inny model bycia spowiednikiem.

Jakie to modele?

O. Pio to był krewki Włoch z południa. Choć legendy o tym, że krzyczał w konfesjonale, są lekko przesadzone. Potrafił, co prawda, bardzo jasno - korzystając z daru przenikania sumień - powiedzieć penitentowi, że nie stoi w prawdzie i wobec tego nie może doświadczyć miłosierdzia. Potem jednak często żałował ostrych słów. Nakładał na siebie ostre pokuty za to, że stracił cierpliwość. Modlił się i pokutował w intencji tych penitentów. A oni potem wracali i przeżywali nieraz bardzo spektakularne nawrócenia.

Leopold był człowiekiem o psychice melancholika, uczuciowego, kruchego. Był przy tym bardzo niski, miał wadę wymowy, utykał na jedną nogę. I myślę, że ta fizyczna kruchość pomagała mu pochylać się nad kruchością moralną i duchową jego penitentów. Potrafił być bardzo życzliwym i współczującym dla ludzi, których spotykał.

To ich różniło. A co mieli wspólne?

Doświadczenie Chrystusa. U o. Pio było ono przeżyte w dramatyczny sposób, ze stygmatyzacją i innymi darami mistycznymi. U o. Leopolda też, ale trochę inaczej -   poprzez charyzmat trwałej, prostej, ale do bólu mocnej wierności. Bywało, że spowiadał po 12 godzin dziennie! Może osobom, które nie są spowiednikami, to doświadczenie nie wydaje się tak trudne. Mówimy jednak o wielogodzinnym wysłuchiwaniu grzechów z pokorą i jasną świadomością, że ma pomóc przychodzącemu człowiekowi poprzez wskazywanie na Jezusa. On - drobny, kruchy - wierzył, że przez niego działa potężny Bóg. Mówił: "gdy zakładam stułę, nie boje się nikogo".

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama