Nowy numer 16/2021 Archiwum

2 tysiące kilometrów na traktorach do Lisieux. O pokój i pojednanie

25 lat temu powstała Wspólnota „Betlejem”. Ks. Mirosław Tosza opowiada o głośnej wyprawie traktorami do Lisieux. I przypomina, że biedni nie są problemem, ale zasobem i darem.

Piotr Zworski: Jeden z mieszkańców domu powiedział mi, że aby przezwyciężyć nałóg, trzeba dostrzec w sobie dobre cechy. Nałóg odkłada się wtedy na bok, bo z niego się nigdy nie wychodzi – tak to ujął. Wiesiek zajmuje się zwierzętami, Darek kuchnią, Sylwek odpowiada za naprawy, remonty. Chociaż podobną praktykę mają ośrodki odwykowe, wy idziecie dalej. Myślę na przykład o wyprawie traktorami.

ks. Mirosław Tosza: Tak. Przez miesiąc, dokładnie trzydzieści osiem dni, przejechaliśmy dwa tysiące kilometrów traktorami, które ciągle się psuły.

Skąd ten pomysł?

Jako wspólnota zaczęliśmy pielgrzymować w 2005 roku. Wszystko zaczęło się od Błoni w Krakowie, gdzie oglądaliśmy transmisję z Watykanu z pogrzebu Jana Pawła II. Jeden z naszych mieszkańców powiedział, że całe życie marzył, żeby się spotkać z ojcem świętym, ale pił, kiedy papież przyjeżdżał do Polski. A jak wytrzeźwiał, papież umarł. „Chciałbym choć raz pojechać na jego grób” – powiedział. Rzucił to mimochodem, ale ta myśl we mnie została. Niedługo potem w Jaworznie nie postawiono papieżowi kolejnego pomnika, tylko ogłoszono go honorowym obywatelem miasta i ustanowiono Rok Papieski. To był czas przeróżnych inicjatyw, ciekawych pomysłów. Pomyśleliśmy, że możemy się włączyć w obchody poprzez pielgrzymkę i jednocześnie spełnić marzenie naszego kolegi. Żeby było ambitnie i tanio (nie autobusem, nie samolotem), wymyśliliśmy, że dojedziemy do Rzymu rowerami. Pożyczyliśmy kilka rowerów i nawet trochę się przygotowywaliśmy, ale nie za dużo. Ruszyliśmy w dziesięcioosobowej grupie z czterema bezdomnymi i moimi licealistami. Po przejechaniu tysiąca siedmiuset kilometrów dotarliśmy do Rzymu, pomodliliśmy się przy grobie Jana Pawła II i wróciliśmy do Polski. To miała być jednorazowa akcja.

Ale nie była?

Po naszym powrocie na konferencji prasowej w urzędzie miasta ktoś zapytał: „A gdzie panowie się wybierają w przyszłym roku?”. Jeden z naszych chłopaków wypalił: „A w przyszłym roku, proszę pani redaktor, to my do Ziemi Świętej jedziemy”. Po kilku miesiącach pani dziennikarka zadzwoniła z pytaniem, jak nasze przygotowania do podróży. To mnie zmotywowało i powiedziałem: „Chłopaki, musimy jechać, żeby nie wyszło, żeśmy wymiękli”. Rok później byliśmy w drodze do Izraela – również dlatego, że ci, którzy pojechali za pierwszym razem, bardzo dobrze sobie poradzili: po powrocie mieli inną motywację do życia, czuli, że coś osiągnęli, pokonali swoje słabości. Wyzwanie przecież nie było małe, a sportowcami nie jesteśmy. Pomyślałem, że pozostawienie naszej codzienności i problemów raz na jakiś czas i wyruszenie w drogę może być naprawdę dobre. W taką ambitną drogę. Pielgrzymkę do Ziemi Świętej nazwaliśmy „Z Betlejem do Betlejem” i odbyliśmy ją w intencji pokoju. Trzy tysiące kilometrów, przez Turcję, Syrię, Damaszek, Aleppo, aż do Ziemi Świętej, pokonaliśmy na rowerach!

A to nie koniec.

Nie. W 2009 roku ruszyliśmy szlakiem św. Pawła przez całą Grecję. Z Dziejami Apostolskimi w ręce. Planowaliśmy dotrzeć na Maltę, ale zabrakło nam czasu i funduszy. Dwa lata później polecieliśmy na Maltę i wzięliśmy udział w biegu maratońskim w ramach zbierania funduszy na operację serca dla małego Filipa. Jego rodzice potrzebowali stu tysięcy złotych, więc bezdomni, którzy nigdy wcześniej nie biegali, a na pewno nie na takich dystansach, przygotowywali się rok, żeby przebiec czterdzieści dwa kilometry. Później ruszyliśmy w pieszej pielgrzymce do Rzymu szlakiem św. Franciszka. Wtedy spotkaliśmy się z papieżem Franciszkiem na placu św. Piotra i wręczyliśmy mu wspomniany już Manifest Resztek. Kiedy papież ogłosił w 2016 roku Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, wiedzieliśmy, że musimy wyruszyć w drogę. Wiedzieliśmy też dokąd. Do Lisieux. Obchodziliśmy wtedy dwudziestolecie istnienia naszej wspólnoty, więc postanowiliśmy udać się do naszej patronki, św. Teresy, gdzie wszystko się rozpoczęło. Nasza wspólnota się rozrosła, środowisko przyjaciół też, więc wiadomo było, że pięćdziesięciu chętnych nie zabraknie do autokaru. Znalazła się też grupa czterech śmiałków, którzy postanowili tę drogę przejść. Spore wyzwanie, bo do pokonania mieli tysiąc siedemset kilometrów z plecakami i namiotami. Ich wyjście zbiegło się z końcem Światowych Dni Młodzieży w Polsce. 1 sierpnia biskup odprawił dla nich Mszę Świętą w katedrze i poszli. Szli do celu pięćdziesiąt osiem dni!

2 tysiące kilometrów na traktorach do Lisieux. O pokój i pojednanie   Ks. Mirosław Tosza przy pomniku bezdomnego Włodka Mostowika. Henryk Przondziono / Foto Gość

Skąd wzięliście traktory?

Wyzwalaczem okazała się metalowa puszka na kawę z reklamą traktorów Johna Deere’a. Na pewnym spotkaniu ze znajomymi podzieliłem się, że nadal szukamy sposobu pielgrzymowania do Lisieux. Przy okazji pokazałem im puszkę, którą sobie kupiłem, bo bardzo lubię film Davida Lyncha Prosta historia, w którym główną rolę odgrywa właśnie traktor marki John Deere. No i jedna z tych znajomych, Iza, powiedziała: „Słuchaj, to może byście traktorem pojechali?”. Zachwycony, przyznałem, że to świetny pomysł. „Mogłam tego nie mówić” – stwierdziła.

W Roku Miłosierdzia w dokumencie napisanym na tę okazję papież wyjaśniał, że w pielgrzymce nie chodzi tylko o to, żeby dotrzeć do jakiegoś świętego miejsca i przejść przez świętą bramę, żeby uzyskać odpust. Pielgrzymka ma za zadanie wywołać w nas pewien wewnętrzny efekt. Mówił, że dobrze odbyta pielgrzymka to taka, dzięki której przestajemy krytykować i oceniać innych, a jesteśmy bardziej skorzy do przebaczenia i hojniejsi w dawaniu. Pomyśleliśmy, że to bardzo dobry kierunek i chcemy się w to włączyć. A przypowieścią o pojednaniu miał być dla nas właśnie wspomniany film Lyncha, w którym Alvin, główny bohater, wyrusza w drogę, żeby się pojednać z bratem. Podczas podróży oddaje się refleksji nad życiem, nad relacjami, przeszłością, starzeniem się i miłością. Wymyśliliśmy przy okazji, że zabierzemy ze sobą wszystkie wersje językowe tego filmu, żeby po drodze puszczać go w miejscach, do których dojedziemy. Chcieliśmy też napisać do reżysera list o tym, że zainspirowani jego filmem, wybieramy się do Lisieux. Skontaktowaliśmy się z Markiem Żydowiczem, szefem Festiwalu Camerimage, wiedząc, że on dobrze zna Lyncha, po czym pojechaliśmy do Torunia i opowiedzieliśmy mu o projekcie. Napisaliśmy list, który on zawiózł do Los Angeles, żeby przedstawić Davidowi Lynchowi całą sytuację. Pamiętam, jak pan Marek zadzwonił do mnie i powiedział: „Dzwonię właśnie z Los Angeles. Siedzę tutaj z Davidem Lynchem na planie „Miasteczka Twin Peaks”. Davidowi bardzo się wasz pomysł spodobał”. Byłem pewny, że mnie wkręca, więc mu odpowiedziałem: „Panie Marku, ja tu siedzę z królową angielską. Pijemy herbatkę”.

I słuchamy pana.

I słuchamy. Powiedział, że pomysł naprawdę się spodobał, i Lynch zaproponował Markowi Żydowiczowi zrobienie filmu dokumentalnego o naszej wyprawie. Zrobiło się po drodze małe zamieszanie, bo planowaliśmy pojechać jednym traktorem, a Pan Marek powiedział Lynchowi, że traktorami pojedziemy wszyscy. Znaleźliśmy konsensus i pojechały trzy traktory. Nazwaliśmy je Małość, Bliskość i Konkret, w nawiązaniu do homilii papieża Franciszka wygłoszonej w czasie Światowych Dni Młodzieży na Jasnej Górze. Jej główną myślą było to, że Bóg się objawia przez małość, konkret i bliskość.

Czytaj też: Płatek róży na obrusie

Najpierw chcieliśmy jechać kosiarkami i zwróciliśmy się do firmy John Deere, ale trasa wymagała większych maszyn. U jednego ze sprzedawców używanych traktorów znaleźliśmy trzy czterdziestoletnie, japońskie Yanmary, które na pierwszy rzut oka rzeczywiście budziły litość. Dokupiliśmy do tego przyczepy kempingowe, które odremontowaliśmy i odmalowaliśmy. Okleiliśmy je też wizerunkami: na pierwszej była św. Teresa z kokiem – nastolatka; na drugiej Jan Paweł II, który się golił na kajakach, a na trzeciej papież Franciszek jadący w metrze w Buenos Aires. Było też zdjęcie braci Straightów, którzy zainspirowali Lyncha do nakręcenia filmu.

Ta wyprawa czymś się różniła od poprzednich?

Dotychczasowe wyprawy były skoncentrowane na osobach bezdomnych i ubogich, którym ta podróż miała pomóc w przemianie. Ten cel był nadal ważny, ale tym razem chodziło raczej o pewną misję. Ruszyliśmy jako wspólnota z konkretnym przesłaniem dla innych. Ludzie zatrzymywali się, robili nam zdjęcia, kręcili filmy. Pewnie myśleli, że jedzie cyrk objazdowy. Przez dwa tysiące kilometrów odbyliśmy bardzo dużo spotkań, projekcji filmów, rozmów. Modliliśmy się o pokój i pojednanie. Byliśmy między innymi w Saint‑Étienne‑du‑Rouvray, gdzie miesiąc wcześniej został zamordowany ks. Jaques Hammel – dwóch młodych islamistów weszło do kościoła na Mszę Świętą i podcięło mu gardło. Zależało nam, by pojechać do tego miejsca i pomodlić się o pokój i pojednanie. Kościół był jeszcze zamknięty, ale spotkaliśmy się z proboszczem tej parafii i parafianami.

Nie brakowało takich wyjątkowych historii, zresztą liczyliśmy na to, że będzie trochę hałasu wokół naszej wyprawy. Jechało z nami czterech filmowców, czternaście kilometrów na godzinę, dwoma autami. Współczuliśmy im. Teraz czekamy na film, ale jeździmy dalej – po Polsce, bo myślę, że tutaj też jest potrzebne orędzie o pojednaniu. Wyprawę do Lisieux nazwaliśmy Drogą Pojednania, a mój kolega, ks. Andrzej Muszala, zaproponował, by jeżdżenie po Polsce nazwać Drogą Życzliwości. Potrzebujemy czegoś bardziej podstawowego, więc napisaliśmy Manifest Życzliwości i ruszyliśmy.

Czytaj dalej na następnej stronie

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama