Nowy numer 3/2021 Archiwum

Obowiązek czy opcja?

Ten dorasta, kto podejmuje to, co go przerasta.

W związku z protestami przeciw ochronie życia dzieci głośniej niż zwykle wybrzmiało hasło: „Nikt nie jest zobowiązany do heroizmu”. Mówi się to w taki sposób, jakby heroizm był czymś niepotrzebnym, zarezerwowanym dla fanatyków. Tę retorykę podejmują także ludzie wierzący, w dyskusji na temat aborcji powołując się na przykład św. Joanny Beretty-Molli, która rezygnując z terapii, oddała swoje życie za życie dziecka. W ich mniemaniu ma to usprawiedliwiać zabijanie dzieci w ramach aborcji eugenicznej. To kompletne nieporozumienie. – Nie szafujmy zbyt łatwo tym słowem – mówi ks. prof. Marian Machinek MSF. – Tego, że kobieta staje się matką i rodzi dziecko, nie nazywamy zazwyczaj heroizmem, chociaż wymaga to wysiłku i poświęcenia. Heroizmem byłaby zapewne sytuacja, w której kobieta, pozwalając żyć dziecku, oddałaby swoje życie. Wtedy można by powiedzieć, że oddanie życia za dziecko jest czynem heroicznym – podkreśla specjalista z zakresu teologii moralnej. W innych sytuacjach ocena, co jest odczuwane jako heroizm, może być subiektywna. – No bo jeśli urodzenie dziecka z wadą miałoby być czymś heroicznym ze względu na cierpienie matki, to kto zmierzy to cierpienie? Ktoś może powiedzieć, że cierpienie dziewczyny, która zaszła w ciążę ze zdrowym dzieckiem, jest większe niż cierpienie doświadczonej mamy, która spodziewa się kolejnego, chorego, dziecka. Mówienie tu o „heroizmie donoszenia ciąży” jest nie na miejscu – zauważa.

Nie tylko dla katolika

Jeśli o zagrożonych zabiciem ludzi upomina się niemal osamotniony Kościół, nie znaczy to, że to sprawa jedynie Kościoła. – Życie nie jest wartością religijną. Nie ma życia katolickiego i życia niekatolickiego. Jest życie albo śmierć. Z moralnego punktu widzenia nie ma tu przestrzeni pośredniej – przekonuje ks. Marian Machinek, wskazując, że można zatem oczekiwać od każdego, że nie będzie uśmiercał niewinnego człowieka, jeśli w grę wchodzą wartości, które nie są porównywalne z życiem. – Bo gdy życie stoi naprzeciw życia, wstrzymujemy się od wskazania jednoznacznej opcji, choć bardzo szanujemy Joannę Berettę-Mollę i inne kobiety, które zdecydowały się poświęcić swoje życie dla życia dziecka. Nie możemy jednak nikogo zmuszać do tego, żeby oddał swoje życie za życie kogoś innego – zastrzega. – Gdybyśmy natomiast uznali jakiekolwiek przeszkody związane z urodzeniem dziecka za heroizm, to musielibyśmy dopuścić przerywanie ciąży w każdej sytuacji, która wykracza poza pewną przeciętną miarę – podkreśla. Zaznacza, że nie można bagatelizować cierpienia kobiet, które dowiadują się o chorobie dziecka. Czy jednak ta sytuacja miałaby uprawniać ustawodawcę do pozostawienia człowiekowi wyboru między życiem i śmiercią innego niewinnego człowieka? Ustawodawca powinien zadbać o to, żeby kobieta, która rodzi dziecko niepełnosprawne, nie pozostała z tym sama. Jego zadaniem jest stworzenie warunków, w których kobieta może natychmiast liczyć na pomoc.

– Taka też powinna być reakcja Kościoła. Nie chodzi tylko o fundusze, ale o konkretne wsparcie, a także o tworzenie miejsc, w których kobieta otrzyma fachową pomoc (np. hospicja perinatalne). Jest to ważne, bo najgorsza z psychologicznego punktu widzenia jest sytuacja, w której kobieta dowiaduje się, że ma upośledzone dziecko, a ojciec się wycofuje i ona zostaje sama ze swoim lękiem. Wtedy pierwsze, co przychodzi jej na myśl, jest: zakończyć tę dramatyczną sytuację. Jeśli w dodatku ustawodawca stwarza taką możliwość, to decyzja o aborcji jest niemal automatyczna – stwierdza duchowny.

Świadectwo konieczne

Heroizm kojarzy się z sytuacjami ekstremalnymi, które mogą prowadzić nawet do męczeństwa. Jan Paweł II mówił o „heroizmie dnia codziennego”. W encyklice „Veritatis splendor” (93) papież stwierdza: „Jeśli męczeństwo jest najwyższym świadectwem o prawdzie moralnej, do którego stosunkowo nieliczni są wezwani, to istnieje także obowiązek świadectwa, które wszyscy chrześcijanie winni być gotowi składać każdego dnia, nawet za cenę cierpień i wielkich ofiar”.

Istnieje więc obowiązek świadectwa, od którego żaden chrześcijanin nie może się uchylać. Ofiary i cierpienia z nim związane nie są tu opcją do wyboru. – Nie wolno każdej trudności nazywać heroizmem, którego nie można wymagać. O ile prawodawca powinien tu zachować jakąś miarę, o tyle Bóg, który zna moją miarę, może domagać się ode mnie heroizmu – zauważa ks. Marian Machinek.

Jest wiele takich sytuacji. – Może też być na przykład tak, że ktoś bliski ma udar i leży potem 10 lat. Opieka nad tym człowiekiem może spowodować, że wszystkie plany życiowe biorą w łeb. A jednak nie możemy powiedzieć: „Ponieważ wydaje się to heroizmem, pozwalamy temu człowiekowi przeprowadzić eutanazję” – mówi kapłan. Wskazuje, że takie sytuacje, gdy człowiek jest postawiony przed czymś, co go przerasta, jeśli tylko zostają przyjęte, powodują, że dojrzewa. Przywołuje przykład jednej ze swoich dawnych studentek, która będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem, otrzymała fatalną diagnozę, od razu z otwarciem ścieżki aborcyjnej. Bo to było „tak oczywiste”. Dla niej to był szok, ale wybrała opiekę hospicjum perinatalnego. – To dziecko urodziło się i zmarło na jej rękach. Dzisiaj ma czwórkę zdrowych dzieci, ale mówi, że ma piątkę. Jedno w niebie – opowiada wykładowca.

Zło wykluczone

W podobnych sytuacjach widać, jak prawdziwe jest porzekadło: „Co nagle, to po diable”. Myśl, żeby już, natychmiast interweniować tam, gdzie interweniować nie należy, jest pokusą. – To też trzeba wziąć pod uwagę: aborcja zdaje się rozwiązywać sytuację na teraz, jednak na dłuższą metę zostawia głęboki duchowy problem, który rośnie z każdym dniem. Świadomość dokonania aborcji wywołuje przymus, żeby to zracjonalizować, uzasadnić, i powoduje, że człowiek musi w to wkładać coraz więcej energii. Za wszelką cenę chce sobie samemu i światu udowodnić, że tak było dobrze. Natomiast osoba, która nie uległa pokusie aborcji, ma zupełnie inne podejście do tego: owszem, to mnie boleśnie naznaczyło, to była rana, ale zachowałam się jak trzeba. Wyszłam z tej sytuacji zwycięsko – zaznacza kapłan. – Chrześcijanin nigdy nie powinien wybierać czegoś, co jest obiektywnym złem – przekonuje, zastrzegając, że inną sprawą jest kwestia subiektywnej odpowiedzialności. – W sytuacji aborcji nie możemy powiedzieć na przykład, że moralna wina jest większa po stronie kobiety, która jest osaczona, niż po stronie mężczyzny, który finansuje aborcję albo odsuwa się od kobiety i zostawia ją, zamiast podjąć odpowiedzialność jako ojciec dziecka. To samo dotyczy lekarza, który skłania kobietę do aborcji albo wręcz mówi, że inna opcja nie wchodzi w grę. Trzeba to wziąć pod uwagę, ale nigdy nie można aborcji usprawiedliwiać hasłem: „Nie jestem zobowiązany do heroizmu” – zaznacza.

Nowa ścieżka

Na szczęście mimo popełnionego zła, dopóki żyjemy, wciąż jest nadzieja i możliwość powrotu na drogę radykalnego zaufania Bogu. – Dla osób, które popełniły poważny grzech i dziś tego żałują, Pan Bóg otwiera nową ścieżkę. Gdy noszę w sobie winę, zawsze jest możliwość uznania i wyznania jej. I wtedy dzieje się to, co jest takie piękne w chrześcijaństwie: Bóg wbudowuje tę czarną plamę w mozaikę mojego życia i ona wtedy zaczyna pełnić zupełnie inną funkcję. Ja przeszedłem przez ciemną dolinę i to sprawiło, że w innych sytuacjach reaguję lepiej, niż gdybym nie miał tego doświadczenia – mówi ks. Marian Machinek.

O tym mówi Jan Paweł II, gdy zwraca się do kobiet po aborcji w encyklice „Evangelium vitae”: „Ojciec wszelkiego miłosierdzia czeka na was, by ofiarować wam swoje przebaczenie i pokój w sakramencie pojednania. Temu samemu Ojcu i Jego miłosierdziu możecie też z nadzieją zawierzyć wasze dziecko. Wsparte radą i pomocą życzliwych wam i kompetentnych osób, będziecie mogły uczynić swoje bolesne świadectwo jednym z najbardziej wymownych argumentów w obronie prawa wszystkich do życia”.

– Bóg zawsze ma plan „B”, co nie znaczy, że można sobie szafować planem „A”, bo plan „B” jest jednak budowaniem na gruzach – zauważa teolog.

Droga zaufania Bogu jest prosta, nawet gdy prowadzi przez trudne doświadczenia. „Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi” – mówi autor Listu do Hebrajczyków (12,4). Bo i takie doświadczenie może przyjść, tak jak przyszło na wielu naszych przodków w wierze. Wielu też z nich podjęło obowiązek przyznania się do Jezusa nawet w obliczu śmierci. Gdyby oni, pierwsi chrześcijanie, uważali, że nie są zobowiązani do heroizmu, byliby też zapewne ostatnimi chrześcijanami. Jednak dzięki ich świadectwu sól nie zwietrzała. I nie wietrzeje do dziś dzięki heroizmowi wielu współczesnych chrześcijan. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także