Nowy numer 27/2020 Archiwum

Prawo Maxa i Keiry

Medialna kampania przyniosła efekt. Od 20 maja 2020 r. każdy pełnoletni Brytyjczyk jest potencjalnym dawcą organów.

Przepisy, które weszły właśnie w życie, zostały uchwalone jeszcze w zeszłym roku. Nazwano je Prawem Maxa i Keiry. To nawiązanie do sprawy, która stała się głównym argumentem zwolenników zmiany. 30 czerwca 2017 r. dziennik „Daily Mirror” opublikował na pierwszej stronie zdjęcie podłączonego do aparatury medycznej chłopca z blizną pooperacyjną na klatce piersiowej. „Zmień prawo dla Maxa” – brzmiał nagłówek. „Max Johnson ma 9 lat i potrzebuje nowego serca. Jeśli Szkocja, podobnie jak Walia, zmieni prawo dotyczące dawstwa organów, będziemy wzywać do tego w Anglii… aby dać jemu i tysiącom innych dużo, dużo większą szansę na życie” – napisali dziennikarze „Daily Mirror”, kierując swój apel wprost do premier Theresy May. Max cierpiał na chorobę z grupy kardiomiopatii, objawiającą się przerostem i osłabieniem mięśnia sercowego. W szczytowym okresie dolegliwości serce chłopca miało wielkość piłki do rugby. Przez 7 miesięcy musiał on korzystać ze specjalnej pompy wspomagającej krążenie krwi. Dziewięciolatek od pewnego czasu był jedną z twarzy prowadzonej przez „Daily Mirror” kampanii na rzecz przeprowadzenia zmiany prawa, ułatwiającej pobieranie organów od dawców.

Dokładnie miesiąc po publikacji doszło do wypadku samochodowego w hrabstwie Devon. Loana Ball wioząca syna Brada i córkę Keirę zjechała na przeciwległy pas. Jej vectra zderzyła się z jadącym z naprzeciwka fordem rangerem. Cała trójka pasażerów trafiła w ciężkim stanie do szpitala. W najpoważniejszym stanie była 9-letnia Keira, która miała uraz głowy i rdzenia kręgowego. Po dwóch dniach lekarze stwierdzili, że dziewczynki nie da się uratować. Matka znajdowała się jeszcze w szpitalu, ale jej mąż, Joe, zgodził się na pobranie narządów od córki. Serce Keiry przeszczepiono Maxowi Johnsonowi, a nerki, wątrobę i trzustkę trzem innym osobom.

Każdy musi, każdy może

Dotychczasowe przepisy dotyczące pobierania organów były dość rygorystyczne. NHS, czyli brytyjski odpowiednik Narodowego Funduszu Zdrowia, prowadził rejestr dawców, do którego można było dobrowolnie wpisać się jako dawca albo przeciwnie – jako osoba, która nie chce, by pobrano od niej organy. W spisie widniało nieco mniej niż 40 proc. obywateli Wielkiej Brytanii. Rejestr nie rozstrzygał jednak ostatecznie sprawy dawstwa. Nawet jeśli osoba poszkodowana w wypadku była zapisana jako dawca, lekarze musieli się skonsultować z rodziną. Jeśli bliscy zaprotestowali, sytuacja stawała się niejasna. Zdarzało się, że z tego powodu organów nie pobierano. Jak donosiła stacja BBC, w roku budżetowym 2016/2017 odnotowano 91 takich przypadków, a na przestrzeni pięciu wcześniejszych lat mogło ich być ponad 500. Nie podano, ile razy zgodę na pobranie organów wyraziły rodziny osób, które zaznaczyły na liście NHS, że nie chcą być dawcami. Niewątpliwie jednak ludzi czekających na przeszczep od lat jest w Wielkiej Brytanii więcej niż dawców. Według portalu statista.com w 2019 r. transplantacji potrzebowało 4,7 tys. mieszkańców kraju. Potencjalni dawcy, czyli przede wszystkim młode i zdrowe ofiary wypadków, to ok. 1 proc. wszystkich zmarłych. Organizacja British Liver Trust podawała, że w 2018 r. było to 5,8 tys. osób. Dawcami zostało 1,6 tys. z nich. Przeprowadzonych transplantacji było 3,9 tys., ponieważ z jednej osoby można zwykle pobrać kilka narządów. Liczba osób, które zmarły, nie doczekawszy przeszczepu, przekroczyła 400. Z kolei w ciągu roku po transplantacji od zmarłego dawcy umierają średnio 3 osoby na 100.

Zgodnie z nowymi przepisami w całej Wielkiej Brytanii potencjalnym dawcą będzie każdy, kto nie odnotował sprzeciwu w rejestrze NHS (choć personel medyczny nadal będzie miał obowiązek przeprowadzenia rozmowy z rodziną). Mimo że nazwa prawa pochodzi od imion dwojga dzieci, z systemu automatycznego dawstwa wyłączeni zostali nieletni oraz kilka kategorii osób uznanych za zagrożone chorobami.

Nerka za 75 tys. funtów

Zasadę domniemanej zgody na pobranie organów już w 2013 r. wprowadziła Walia. Nie przeszkodziła w tym afera, jaka wybuchła cztery lata wcześniej po publikacji dziennika „The Times”. Gazeta poinformowała, że Wielka Brytania prowadzi faktyczny eksport organów. W ciągu dwóch lat 50 cudzoziemców przeszło na Wyspach zabiegi transplantacji. Londyński King’s College Hospital, który jest największym centrum transplantacji w Europie, w ciągu dwóch lat przeszczepił wątrobę 19 obcokrajowcom.

Każda z operacji kosztowała 75 tys. funtów, z czego 20 tys. miał dostawać chirurg przeprowadzający zabieg. 40 pacjentów pochodziło z Grecji lub Cypru, a za przeszczep płaciły ich państwa. Pozostali biorcy nie byli obywatelami Unii Europejskiej. Przyjechali m.in. z Libii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Izraela i Chin. Procedury przeprowadzono w państwowych szpitalach, ale prywatnie. Komentatorzy cytowani przez „The Times” krytykowali to, że cudzoziemcy dostają narządy z Wielkiej Brytanii, podczas gdy dla Brytyjczyków ich brakuje. W dodatku przepisy unijne zezwalają na oddanie narządu osobie spoza Unii Europejskiej tylko wtedy, kiedy na jej terenie nie znajdzie się biorca, albo kiedy stan danej części ciała nie spełnia tutejszych norm (co w praktyce wydaje się fikcją – jeśli organ można wszczepić mieszkańcowi Dubaju, to widocznie nadaje się on i dla londyńczyka).

Narzucały się jednak także inne wątpliwości. Zgodnie z przepisami z 2004 r. handel organami i tkankami jest jednoznacznie zabroniony. Można je oddawać wyłącznie dobrowolnie. Pacjent korzystający z usług brytyjskich lekarzy nie płacił konkretnie za nerkę lub wątrobę, ale zostawiał pokaźną kwotę za cały zabieg. Tym samym międzynarodowe transplantacje były lukratywnym biznesem zarówno dla lekarza, jak i dla całego NHS.

Rządowa komisja nie doszukała się w całej sprawie złamania prawa, ale zaleciła wprowadzenie zakazu przeprowadzania przez NHS prywatnych transplantacji u cudzoziemców. Zwróciła uwagę, że cudzoziemcy płacący za zabieg wyprzedzają w kolejce Brytyjczyków. King’s College Hospital odpowiadał, że leczy obywateli UE, a ci mają takie samo prawo do uzyskania świadczeń medycznych jak Brytyjczycy. Także dziś prywatne szpitale z Wielkiej Brytanii oferują dowolnym klientom zabiegi transplantacji.

Transplantacyjny T-shirt

Sprawa płacenia za transplantacje wywołuje na Wyspach pewne kontrowersje. Bioetyk Greg Moorlock z Uniwersytetu w Warwick zwrócił uwagę, że czasem trudno określić, czy oddanie narządów przez żywego dawcę było darmowe. „Jeśli wdzięczny biorca kupuje dawcy samochód kilka miesięcy po transplantacji, to kto wyznaczy linię między odroczoną płatnością a przejawem hojności?” – pytał na łamach portalu theconversation.com.uk.

Podobnych wątpliwości najwyraźniej nie mieli autorzy kampanii na rzecz zmiany prawa. Włączyli się w nią rodzice Keiry Ball, którzy założyli stowarzyszenie na rzecz transplantacji i sprzedają koszulki z imieniem zmarłej córki i wizerunkiem serca. Kampanię na rzecz oddawania narządów cały czas prowadzi NHS.

Brytyjski system transplantacji budzi wątpliwości, ale opinia publiczna na Wyspach nie podnosi ich zbyt głośno. Prawo Keiry i Maxa weszło w życie, a to oznacza, że pobieranie organów będzie łatwiejsze – ze wszystkimi tego plusami i zagrożeniami.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także