Nowy numer 07/2020 Archiwum

Gdy postęp odbija się czkawką

Holenderskie władze zmieniły nazwę państwa na Niderlandy. Czy to wystarczy, aby powrócić do sielskiego wizerunku kraju kwitnących tulipanów?

Chociaż graniczące z Niemcami i Belgią państwo oficjalnie nosi nazwę Królestwo Niderlandów, dotychczas do jego promocji na świecie używano anglojęzycznej nazwy „Holland”. Przedstawiając argumenty za rezygnacją z tego określenia, rządzący wskazali na konieczność pozbycia się negatywnych skojarzeń, które ono budzi. Zwrócili uwagę, że w świadomości turystów „Holandia” funkcjonuje jako kraj, w którym można bez przeszkód palić marihuanę i korzystać z usług prostytutek. Rzeczniczka MSZ podkreśliła, że nowa nazwa przyczyni się do rozwoju odpowiednich dla państwa kultury, norm i wartości. Jej zdaniem „Niderlandy” powinny kojarzyć się z wiatrakami, tulipanami i rowerami, które są popularnym w Amsterdamie środkiem transportu.

Za budowanie nowej marki Holendrzy zapłacą ok. 200 tys. euro. Mniej więcej tyle będą kosztować zmiany, które muszą wprowadzić urzędy oraz instytucje publiczne. Jedną z najważniejszych jest nowe logo, na które składają się tworzące kształt tulipana litery „NL”.

Bezpłatna aborcja

Rządowi w Hadze nie można odmówić determinacji w dążeniu do zbudowania lepszego wizerunku państwa. Skutków prowadzonej przez lata polityki nie da się jednak wymazać za pomocą działań w sferze PR. Holandia zapracowała sobie na niechlubną opinię kraju łatwej śmierci, mekki dla narkomanów i raju dla osób poszukujących seksualnych wrażeń. Wszystko zaczęło się w latach sześćdziesiątych XX w. Wówczas zliberalizowano przepisy regulujące kwestię przerywania ciąży. Początkowo zabiegowi mogły poddać się wyłącznie kobiety, które otrzymały zgodę tzw. grupy aborcyjnej złożonej z ginekologa, pracownika społecznego i psychiatry. Podejmując decyzję o zabiciu nienarodzonego dziecka, gremium to musiało uzyskać pewność, że zdrowie fizyczne lub psychiczne pacjentki jest zagrożone. Feministki zaczęły jednak intensywnie promować aborcję jako prawo do decydowania o własnym ciele, niezależnie od okoliczności. Ten argument trafił na podatny grunt: coraz więcej kobiet wyrażało zainteresowanie usługami pierwszych nie do końca legalnych klinik aborcyjnych. Ogromna presja środowisk lewicowych sprawiła, że w latach osiemdziesiątych przyjęto ustawę wprowadzającą aborcję na życzenie do 21. tygodnia ciąży.

Dostępne jest 27% treści. Chcesz więcej? Wykup dostępu do całego artykułu. Cena 1,23. Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w Akademickim Radiu UL Uniwersytetu Łódzkiego. Współpracował z kwartalnikiem „Fronda Lux”, „Teologią Polityczną Co Miesiąc”, portalami plasterlodzki.pl i bosko.pl. Publikował także w miesięczniku „Koncept”. Interesuje się muzyką i szeroko pojętą kulturą. Jego Obszar specjalizacji to kultura, sprawy społeczno-polityczne, tematyka światopoglądowa, media.

Kontakt:
maciej.kalbarczyk@gosc.pl
Więcej artykułów Macieja Kalbarczyka

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji