Nowy numer 47/2020 Archiwum

Gdy postęp odbija się czkawką

Holenderskie władze zmieniły nazwę państwa na Niderlandy. Czy to wystarczy, aby powrócić do sielskiego wizerunku kraju kwitnących tulipanów?

Chociaż graniczące z Niemcami i Belgią państwo oficjalnie nosi nazwę Królestwo Niderlandów, dotychczas do jego promocji na świecie używano anglojęzycznej nazwy „Holland”. Przedstawiając argumenty za rezygnacją z tego określenia, rządzący wskazali na konieczność pozbycia się negatywnych skojarzeń, które ono budzi. Zwrócili uwagę, że w świadomości turystów „Holandia” funkcjonuje jako kraj, w którym można bez przeszkód palić marihuanę i korzystać z usług prostytutek. Rzeczniczka MSZ podkreśliła, że nowa nazwa przyczyni się do rozwoju odpowiednich dla państwa kultury, norm i wartości. Jej zdaniem „Niderlandy” powinny kojarzyć się z wiatrakami, tulipanami i rowerami, które są popularnym w Amsterdamie środkiem transportu.

Za budowanie nowej marki Holendrzy zapłacą ok. 200 tys. euro. Mniej więcej tyle będą kosztować zmiany, które muszą wprowadzić urzędy oraz instytucje publiczne. Jedną z najważniejszych jest nowe logo, na które składają się tworzące kształt tulipana litery „NL”.

Bezpłatna aborcja

Rządowi w Hadze nie można odmówić determinacji w dążeniu do zbudowania lepszego wizerunku państwa. Skutków prowadzonej przez lata polityki nie da się jednak wymazać za pomocą działań w sferze PR. Holandia zapracowała sobie na niechlubną opinię kraju łatwej śmierci, mekki dla narkomanów i raju dla osób poszukujących seksualnych wrażeń. Wszystko zaczęło się w latach sześćdziesiątych XX w. Wówczas zliberalizowano przepisy regulujące kwestię przerywania ciąży. Początkowo zabiegowi mogły poddać się wyłącznie kobiety, które otrzymały zgodę tzw. grupy aborcyjnej złożonej z ginekologa, pracownika społecznego i psychiatry. Podejmując decyzję o zabiciu nienarodzonego dziecka, gremium to musiało uzyskać pewność, że zdrowie fizyczne lub psychiczne pacjentki jest zagrożone. Feministki zaczęły jednak intensywnie promować aborcję jako prawo do decydowania o własnym ciele, niezależnie od okoliczności. Ten argument trafił na podatny grunt: coraz więcej kobiet wyrażało zainteresowanie usługami pierwszych nie do końca legalnych klinik aborcyjnych. Ogromna presja środowisk lewicowych sprawiła, że w latach osiemdziesiątych przyjęto ustawę wprowadzającą aborcję na życzenie do 21. tygodnia ciąży.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama