Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nowy wspaniały traktat

Traktat lizboński miał usprawnić działanie Unii Europejskiej na kolejne dziesięciolecia. Podobnie jak traktaty ratyfikowane parę lat wcześniej. Czy po 10 latach działania „Lizbony” konieczna jest kolejna „konstytucja” UE?

Traktat z Lizbony zmieniający Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską. Tak brzmi oficjalna nazwa dokumentu, który miał zreformować rozszerzoną Unię. Bo to właśnie usprawnienie procesów decyzyjnych po rozszerzeniu UE miało być głównym celem nowego traktatu. Dokument pierwotnie miał być konstytucją zjednoczonej Europy, ale na to nie było zgody większości państw członkowskich. Z traktatem wiązano zarówno nadmierne nadzieje, jak i przesadzone obawy. Jedni zachwalali dalekowzroczność dokumentu i jego komplementarność, drudzy straszyli potencjalnymi zagrożeniami. Dominowała jednak raczej nachalna promocja traktatu. Przedstawiano go jako dziejową konieczność. Bez niego – jak przekonywali zwolennicy – Unia miała nie sprostać wyzwaniom XXI wieku ani konkurencji z gospodarkami USA czy Chin. Nie mogłaby też mówić jednym głosem w sprawach istotnych dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Po 10 latach można przyznać rację umiarkowanym krytykom, którzy zwracali uwagę, że traktat, idąc w kierunku większej federalizacji Unii i wzmacniając władzę silniejszych graczy, nie daje narzędzi do radzenia sobie z realnymi kryzysami. Pokazał to i kryzys strefy euro, i kryzys imigracyjny, i obecny kryzys związany z brexitem, czyli de facto… z rozpadem Unii w kształcie, jaki znamy. Nie będzie zatem niespodzianką, jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat powstanie nowy traktat unijny.

Jeden wielogłos

Jakie zmiany miał wprowadzić traktat lizboński? Po pierwsze, UE zyskała osobowość prawną. Na arenie międzynarodowej mogła odtąd, teoretycznie, występować jako jeden organizm. Jeden głos Unii miała zapewnić funkcja przewodniczącego Rady Europejskiej, wybieranego przez przywódców unijnych na 2,5-letnią kadencję z możliwością jednokrotnego ponownego wyboru. Donald Tusk, który właśnie pożegnał się z tym stanowiskiem, był drugim „traktatowym” przewodniczącym Rady, po Hermanie Van Rompuyu. Nieporozumienie z tą funkcją polegało na tym, że wbrew przyznanym kompetencjom mówiono o „prezydencie” Unii, co miałoby sugerować istnienie jednego numeru telefonu do Europy, pod który mieliby dzwonić przywódcy USA, Chin czy innych krajów. Tymczasem przewodniczący Rady Europejskiej ma tylko organizować prace Rady i kierować nimi, zwoływać szczyty oraz doprowadzać, w miarę możliwości, do porozumienia podczas podejmowania decyzji przez przywódców państw członkowskich.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama