Nowy numer 28/2020 Archiwum

Zakładnicy prawa

Polityka imigracyjna administracji Trumpa to mieszanka racjonalnej ochrony granic i bezdusznych procedur. Jej ofiarami stały się dzieci.

Dura lex, sed lex – twarde prawo, ale prawo. Stara rzymska zasada prawnicza stała się symbolem bezwzględnego posłuszeństwa przepisom prawnym, niezależnie od problemów i krzywd, jakie może generować ich zastosowanie w konkretnych przypadkach. Żadnej taryfy ulgowej – jest przepis, koniec, kropka. Ta skrajna forma legalizmu nie przewiduje żadnej możliwości odwoławczej. Trudno nie dostrzec echa tej logiki w polityce imigracyjnej Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza w stosunku do nielegalnych imigrantów napływających tam z Południa.

Ofiarami polityki pod hasłem „zero tolerancji” stały się w ostatnich miesiącach dzieci, oddzielane od swoich rodziców i przetrzymywane w warunkach uwłaczających godności. Wprawdzie Donald Trump, pod presją mediów, Kościołów, a nawet polityków republikańskich, podpisał już odpowiednie rozporządzenie, które ma przerwać procedurę rozdzielania rodzin, ale nie jest ono jednoznaczne. Pozostają też inne komplikacje, które są skutkiem przepisów wprowadzonych jeszcze przez poprzednie administracje Białego Domu.

Zero tolerancji

Zaczęło się 6 kwietnia br. Prokurator generalny Jeff Sessions ogłosił politykę „zero tolerancji” w stosunku do nielegalnych imigrantów, którzy odtąd mieli być traktowani jak przestępcy, zamykani w więzieniach w oczekiwaniu na proces. Już wcześniej obowiązywało jednak prawo, zgodnie z którym nie można przetrzymywać w więzieniach federalnych dzieci, nawet jeśli są to dzieci nielegalnych imigrantów. Oddzielano zatem dzieci od rodziców lub dorosłych opiekunów, którzy zostali złapani podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy. Z oficjalnych danych Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego wynika, że od kwietnia do końca maja odebrano 2300 dzieci zatrzymanym nielegalnym imigrantom z Meksyku, Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali. Zgodnie z prawem federalnym, uchwalonym w 2008 r., dzieci pozbawione opieki trafiają pod kuratelę Departamentu Zdrowia. Jednocześnie nie ma przepisów, które by pozwalały dorosłym pozostać w USA, jeśli pojawili się na granicy z dziećmi. Skoro jednak – to efekt przepisów z kwietnia – dorośli mają być sądzeni za nielegalne przekroczenie granicy i oczekiwać na proces w więzieniach, to nie można posyłać ich za kraty z dziećmi. A wcześniejsze przepisy (tzw. Porozumienie Flores z 1997 r.) mówią o umieszczaniu dzieci w ośrodkach o jak najmniejszym rygorze, a zatem więzienie nie wchodzi w grę. Takie jest tło sytuacji prawnej w USA, gdzie jedne przepisy w zderzeniu z drugimi generują dramat zainteresowanych – w tym wypadku głównie dzieci. Czy można było tego dramatu uniknąć, nie łamiąc prawa?

Pro life z o.o.

Do 20 czerwca Donald Trump i jego otoczenie twierdzili, że nic nie mogą zrobić, bo „takie jest prawo”. Biały Dom publikował oświadczenia, w których tłumaczył, że prezydent ma związane ręce istniejącymi ustawami i orzeczeniami sądowymi, wymuszającymi separowanie dzieci od rodziców. Prezydent kilka razy przekonywał, że zmianę może przeprowadzić tylko Kongres drogą ustawy i że „nie można tego załatwić drogą rozporządzenia prezydenckiego”. To i tak był już postęp, bo wcześniej szefowa Departamentu Krajowego Kirstjen Nielsen zaprzeczała, że separowanie dzieci ma w ogóle miejsce. Jej wpis na Twitterze: „Nie prowadzimy polityki rozdzielania rodzin na granicy. Koniec, kropka” – wywołał powszechne oburzenie, nie tylko wśród tradycyjnych i zagorzałych przeciwników Trumpa, ale również wśród republikanów. Głos zabrała nawet Laura Bush, żona byłego prezydenta. Cała Ameryka oglądała nagrania i zdjęcia z ośrodków, w których przetrzymywano (nierzadko w ciasnych klatkach) dzieci imigrantów. Bardzo mocne stanowisko zajął m.in. Kościół katolicki. Zwłaszcza krytyka ze strony arcybiskupa Nowego Jorku, kard. Timothy’ego Dolana, musiała dotknąć Trumpa, który wcześniej zapunktował jednoznaczną polityką pro life. „To, co czyni obecna administracja, jest nie tylko nieamerykańskie, ale także sprzeczne z tym, co głosi Biblia” – mówił nowojorski arcybiskup w wywiadzie w CNN. „Jak można wyrywać z ramion matki dziecko? Te działania urągają ludzkiej godności i człowieczeństwu” – grzmiał kard. Dolan. Polityka administracji Trumpa wobec dzieci imigrantów raziła zwłaszcza w kontekście jego działań na rzecz ochrony życia nienarodzonych. „Miłujecie swoje rodziny, swoich sąsiadów, nasz kraj. Kochacie każde dziecko urodzone i nienarodzone, wierzycie, że każde życie jest święte, że każde dziecko jest cennym darem od Boga” – mówił prezydent do uczestników tegorocznego Marszu dla Życia. Słowa potwierdził wieloma decyzjami i podpisami, w tym odcięciem proaborcyjnych organizacji od funduszy federalnych.

Salomonowe wyjście?

Pod wpływem tych protestów, ale być może również przy świadomości pewnej niekonsekwencji (postawa pro life nie może ograniczać się tylko do ochrony życia do momentu narodzin), Trump wydał rozporządzenie, w którym nakazał wstrzymanie oddzielania dzieci od rodziców. To oznacza, że nielegalni imigranci będą mogli przebywać w „ośrodkach odosobnienia” i oczekiwać na procesy w towarzystwie swych dzieci. Powstaje jednak pytanie, jak to ma wyglądać w praktyce. To znaczy: co z przepisami, które zabraniają umieszczania dzieci w więzieniu? Dość enigmatycznie brzmi również zapis o „ośrodkach odosobnienia” – czy to nadal więzienie, czy jakieś inne placówki? Teoretycznie jest rozwiązanie tego problemu. Rozporządzenie Trumpa precyzuje, że dorośli nielegalni imigranci nie będą odtąd przekazywani organom podległym Departamentowi Sprawiedliwości nawet w przypadku postawienia im zarzutów o nielegalne przekroczenie granicy. W zamian pozostaną ze swoimi dziećmi w „zamkniętych ośrodkach” podlegających Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego (formalnie nadal będą pozbawieni wolności). Wydaje się to salomonowym rozwiązaniem: Trump nie rezygnuje z polityki „zero tolerancji” wobec nielegalnych imigrantów, a jednocześnie znajduje sposób obejścia dotychczasowych przepisów, które wymuszały odbieranie dzieci czekającym na proces rodzicom. Pozostają jednak inne problemy, m.in.: co z dziećmi odebranymi rodzicom przed wprowadzeniem „zera tolerancji”; co z tymi dziećmi, których identyfikacja sprawia problemy odpowiednim służbom (pojawił się m.in. pomysł, by oddawano je... dopiero po badaniach DNA); gdzie i jak długo (sądy nie nadążają ze sprawami) mają czekać na rozprawę rodzice z dziećmi.

Imigrant ma twarz

Administracja Trumpa musi sobie ponadto odpowiedzieć na pytania o politykę imigracyjną w ogóle. A ma z tym problem. Zaczęło się w zeszłym roku, gdy nowy lokator Białego Domu anulował program DACA (Deferred Action for Childhood Arrivals), mający chronić przed deportacją dzieci, które przybyły z rodzicami do USA przed 16. rokiem życia. Program wprowadziła w 2012 r. administracja Obamy, argumentując, że dzieci imigrantów nie podjęły świadomej i dobrowolnej decyzji o przeprowadzce do USA, nie mogą więc odpowiadać za decyzję rodziców. Dlatego przyjęto przepisy, które mówiły, że takie dzieci będą miały prawo do dalszej nauki i legalnej pracy (o ile nie były notowane za przestępstwa i uczęszczały do szkoły).

Decyzja Trumpa o anulowaniu tego programu była trudna do obrony. Konferencja Episkopatu USA wydała wówczas oświadczenie: „Ta decyzja zrywa z naszą historią, ukazuje brak miłosierdzia i dobrej woli, stanowi wyraz krótkowzrocznej wizji przyszłości” – napisali amerykańscy biskupi. Wtedy Trump nie ugiął się pod wpływem nacisków, ale musiał ustąpić z powodu wyroku sądu w Kalifornii, który zablokował rozporządzenie. Na fali obecnego oburzenia polityką rozdzielania dzieci prace nad nowym prawem imigracyjnym podjął amerykański Kongres. Jednak i tutaj nie ma zgody na znaczące zmiany – powstały dwa projekty, jeden bardzo radykalny, drugi kompromisowy, ale oba nie zyskały większości w Izbie Reprezentantów. Sam Trump nie ukrywa, że wolałby od razu deportować osoby wjeżdżające nielegalnie, zamiast stawiać je przed sądem. Brakuje w tym pytania o imigrantów, wśród których są również ci, którzy uciekają przed przemocą w swoim kraju. Czy na pewno da się wszystkich podciągnąć pod jeden paragraf?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także