Nowy numer 3/2021 Archiwum

Szpital nie z tej ziemi…

Mirka, lat 29. Jej mąż Jarek, lat 34. I Kubuś, 20. tydzień ciąży. Dzięki Szpitalowi Świętej Rodziny nie potworek, lecz piękny synek. Już w niebie. 


Mała miejscowość pod Bydgoszczą, Pakość. Mirka i Jarek Nowakowie, młode małżeństwo, długo na próżno starają się o powiększenie rodziny. Leczenie endometriozy u Mirki w końcu daje rezultaty. Zielone światło dla dzidziusia. Datę 10 czerwca 2012 r. Mirka i Jarek będą pamiętać do końca życia. Dwie wielkie krechy na teście. Radość niewyobrażalna.


– Tak wyczekane i wytęsknione dziecko w końcu było z nami! Czuliśmy się przeszczęśliwi. Na pierwsze USG pojechaliśmy tak szybko, jak się dało. Nawet jeszcze nic nie było widać. A my już wszystko chcieliśmy wiedzieć: że dziecko jest piękne i zdrowe – opowiada Mirka.


Potem kolejne wizyty u ginekologa, jednego z najlepszych w Bydgoszczy. Lekarz podglądał malucha na USG i uśmiechał się. Pokazywał „Dzieciaczka” na monitorze, gratulował „Dzieciaczka”, rozmawiał o „Dzieciaczku”.

„Dzieciaczek”
 w płód się zmienia


Aż przyszedł 17 sierpnia, mijał 14. tydzień ciąży. Nowakowie szli na kolejną wizytę w pełnej euforii: to dzisiaj poznają płeć dziecka!


Pan doktor pochylił się nad monitorem. Mirka czekała w napięciu: chłopiec, dziewczynka? Ciuszki przecież trzeba kupować: różowe lub błękitne. Ale pan doktor milczał i milczał. A potem oświadczył: dobrych wiadomości nie ma.


– I tak jak wcześniej cały czas mówił o naszym „Dzieciaczku”, tak nagle przestał. Nasze dziecko nagle stało się płodem z wielką wadą. Upośledzonym płodem. Jakimś tworem z wadą genetyczną, potworkiem z „obrzękiem ogólnym” – opowiada Mirka urywanymi zdaniami. – Tak to wszystko przedstawił, że nie wiedziałam nawet, czy moje dziecko żyje...


Poprosiła, by lekarz jeszcze raz wszystko opisał mężowi. Więc znowu „tłumaczenie”. Płód ma wadę genetyczną. I jeśli w ogóle przeżyje, co jest mocno wątpliwe, to umrze natychmiast po porodzie. Sytuacja beznadziejna. Więc lepiej jak najszybciej, więc lepiej nie czekać…


Przerażenie rodziców. Konsultacja u innej lekarki. Też polecanej. Pani doktor powtórzyła wyrok: płód chory. Trzeba kończyć ciążę.


– Ale jak kończyć? O co im wszystkim chodzi? Jakieś leki mam wziąć czy co? – Mirka przestaje mówić spokojne. – Kompletnie nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Byłam rozsypana i przerażona.


Szybko, szybko, do poradni genetycznej. W poradni panie konsultantki pochyliły się nad „przypadkiem”. Wydały kolejne potwierdzenie wyroku. I zleciły: terminacja.


– Dla mnie to słowo nic nie znaczyło. Co to jest ta „terminacja”? Nie miałam pojęcia. Teraz myślę, że w całym lekarskim zgiełku ktoś może i napomknął, że to „zakończenie ciąży”. Ale tak nierealnie to brzmiało. Nie docierało do mnie – Mirka patrzy w podłogę. A pokryte tuszem rzęsy zaczynają wilgotnieć.

Alternatywa 


Od sierpniowej wizyty, podczas której „Dzieciątko” zmieniło się w potworka, Mirka przestała dotykać brzucha. Wcześniej głaskała, mówiła, kołysała. Potem się bała. Może nawet trochę brzydziła. Odczłowieczyli jej „Dzidziusia”. Płodu się nie przytula.
 

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama