Odważne lwy z Polski w Peru

Scenariusz kazania: Sobota II tygodnia Adwentu, 13 grudnia 2025 r.

Szczęść Boże, kochane dzieci, witam was na naszej kolejnej Mszy świętej roratniej, to już trzynasty dzień grudnia. Niektórzy wierzą, że trzynasty to dzień pechowy, my nie musimy wierzyć w takie rzeczy, ponieważ wierzymy, że Pan Bóg jest naszym dobrym pasterzem, który o nas się troszczy i dba. Ktoś pamięta, na jakim jesteśmy kontynencie

(W Ameryce Południowej.)

A w jakim kraju?

(W Peru.)

Dlaczego właśnie tutaj?

(Bo w Peru dwukrotnie duszpasterzem był Robert Prevost, za pierwszym razem jako ksiądz, za drugim jako biskup w Chiclayo.)

Świetna pamięć. Bardzo się cieszę z tego, że wszystkie szczegóły zapamiętujecie. Muszę wam jednak powiedzieć, że niektóre z tych spraw, które nasz bohater przeżywał w Peru, nie były przyjemne. Historia, którą za chwilę usłyszycie, jest bardzo poruszająca, ponieważ wynika z niej, że o mały włos, nasz Leon XIV mógł nie zostać Leonem! Zanim się tego dowiecie, zaśpiewajmy!

PIOSENKA…

Lew podchodzi do księdza mocno zdziwiony.

Lew: – Oooo, ktoś tu dwa razy mówił coś o Leonach! Czy dzisiaj ja będę głównym bohaterem opowieści?
Ksiądz: – Oj, Leo, chciałbyś, co? Ale ja nie jestem pewien, czy dałbyś sobie radę w tak trudnej sytuacji, w jakiej znalazł się najważniejszy dziś Leon na świecie!
Lew: – Ja sobie zawsze daję radę! 
Ksiądz: – I jesteś bardzo pewny siebie, jak widzę! Chciałbym zobaczyć, czy byłbyś taki pewny siebie, spadając ze skały!
Lew: – Ze skały? Spadając? O nie, nie zamierzam... Niech ksiądz nie mówi, że przyszły papież spadał ze skał, bo nie uwierzę!
Ksiądz: – Nie bądź zatem niedowiarkiem, tylko posłuchaj opowieści ojca Gianfranco, którego słyszeliśmy na roratach parę dni temu. Tym razem usłyszymy ją przetłumaczoną na język polski i przeczytaną przez lektora. 

NAGRANIE 1:
(czyta lektor)

Byłem przełożonym prowincjalnym augustianów we Włoszech przez 12 lat, w czasie gdy ojciec Robert Prevost był generałem zakonu, dlatego mieliśmy ze sobą stały kontakt. Mieszkaliśmy obaj w Rzymie, on w kurii generalnej, obok Międzynarodowego Kolegium św. Moniki, ja przy kościele św. Augustyna – a więc byliśmy bardzo blisko. Zresztą, ze względu na potrzeby wspólnot augustiańskich nasza współpraca była niezbędna. Wspominam też nasze spotkania z czasów, gdy był on misjonarzem w Peru. Jako prowincjał odpowiadałem za misję w Cusco, w regionie Apurímac, i on czasem przyjeżdżał do mnie z Trujillo, gdzie pracował z profesami augustiańskimi. Przyjeżdżał do Cusco, potem do Apurímac – razem jedliśmy, pracowaliśmy, spędzaliśmy wolny czas. Pamiętam wypadek, w jakim uczestniczyliśmy na wysokości 3600 m n.p.m. Ojciec Robert prowadził busa, ja siedziałem obok. Razem z nami było pięciu profesów z Trujillo. Mieliśmy zjechać z Chuquibambilli do Tambobamba – była to pora deszczowa, zima, padało i było błoto. Na jednym zakręcie, całym zalanym wodą, było dużo błota, i gdy ojciec Robert skręcił kierownicą, busik się obrócił i zaczął się staczać w stronę urwiska. Opatrzność Boża zatrzymała nas na skale, która tam była. To była jedna, jedyna skała i bus zatrzymał się dokładnie na niej. Krzyczeliśmy: „Spokojnie! Spokojnie!” Potem wyszliśmy z busa bardzo powoli, jeden po drugim, aby nie poruszyć samochodu, który mógł się osunąć. Z pomocą przyszli Peruwiańczycy, którzy z daleka widzieli ten wypadek. Zbiegli szybko z linami i wyciągnęli busa z przepaści. Wszyscy ubłoceni, brudni, zjechaliśmy do Tambobamba, żeby odprawić Mszę Świętą, razem z ojcem Robertem. Zawsze powtarzam: Pan, który o wszystko się troszczy, który wszystko widzi, przed którym nic nie jest zakryte – postawił tam skałę, bo wiedział, że ten kierowca kiedyś zostanie papieżem.


Wstrząsająca historia, prawda? Ktoś opowie, co się właściwie stało?

(Ojciec Robert z innymi zakonnikami jechał przez góry i zdarzył się wypadek – auto spadło w stronę urwiska. Przed nim była jedna, jedyna skała, na której samochód się zatrzymał, inaczej spadłby w przepaść i wszyscy by zginęli.)

Tak, właśnie, zginęliby na pewno. Zatrzymali się jednak na tej skale i powoli wyszli z samochodu, a Peruwiańczycy, którzy z daleka widzieli wypadek, przyszli im z pomocą. A co ojciec Gianfranco mówi o tym wydarzeniu po tym, jak wybrano ojca Roberta Prevosta na papieża? 

(Że Pan Bóg troszczy się o wszystko i postawił tę skałę właśnie w tym miejscu, bo wiedział, że kierowca tego samochodu kiedyś zostanie papieżem.)

Tak, drogie dzieci, właśnie w ten sposób pomyślał współbrat – augustianin. A czy ktoś zrozumiał, kto, oprócz ojca Roberta i ojca Gianfranco, był w samochodzie?

(Profesi. Dzieci prawdopodobnie nie zapamiętały tej nazwy.)

Byli to profesi, a więc członkowie zakonu, którzy złożyli śluby zakonne, nazywane profesją. A ja chciałbym, jako że jesteśmy w Peru, opowiedzieć wam o innych profesach, czyli zakonnikach, którzy żyli w Peru. Obaj byli Polakami, dlatego warto, żebyście o nich wiedzieli. Byli to ojciec Zbigniew Strzałkowski i ojciec Michał Tomaszek, franciszkanie konwentualni. Pierwszy z nich po święceniach pracował jako wicerektor w niższym seminarium – to była jego pierwsza i jedyna posługa w Polsce, a zarazem przygotowanie do wyjazdu na misje. Był bardzo oddany pracy z młodzieżą i odznaczał się wrażliwością na drugiego człowieka. Drugi z nich od samego początku posługi kapłańskiej chciał wyjechać na misje do Peru. To była jego fascynacja. Przed wylotem na misje pracował w niewielkiej miejscowości Pieńsk blisko Zgorzelca, zajmował się duszpasterstwem młodzieży i był bardzo utalentowany. Obaj wyjechali na misje do Peru. Jeden poświęcił się tam pracy z dziećmi i młodzieżą, a drugi – z ubogimi. I tu niestety pojawia się druga trudna historia dnia dzisiejszego, zakończona inaczej, niż pierwsza. Otóż obaj franciszkanie zostali zamordowani. Było to 9 sierpnia 1991 roku w Peru. Zabili ich terroryści z takiej grupy, która się nazywała „Świetlisty Szlak”. Czytałem, że jedyny człowiek, który był odpowiedzialny za ich śmierć, nazywał się Abimael Guzmán – to był przywódca tej grupy. W więzieniu pytano go, dlaczego zabił tych kapłanów. Powiedział, że zabijając kapłanów, zderzył się z murem, którego nie mógł przekroczyć i ten mur, którego on nie mógł przekroczyć, to była Ewangelia. Po śmierci polskich misjonarzy ten człowiek opowiadał też, że nie mógł już spokojnie spać, „coś go poruszyło”. Smutna historia, prawda

(Tak.)

A pamiętacie księdza Jacka z Tarnowa, który był misjonarzem w Peru i wczoraj opowiadał nam wesołe rzeczy o tym kraju, i jak tam ludzie przygotowują się do świąt Bożego Narodzenia?

(Tak – mówił, że jeżdżą do ubogich i zawożą im prezenty.)

Tak, właśnie tak. Dziś opowie o wiele mniej przyjemną historię, ale posłuchajcie: 

NAGRANIE 2:
ks. Jacek Olszak

Pariacoto – to miejsce, w którym 9 sierpnia 1991 roku zostali zamordowani polscy franciszkanie – Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski. Jest to niedaleko Chiclayo, czyli miejsca, w którym pasterzem był biskup Robert Prevost. Oczywiście mówiąc „niedaleko”, trzeba pamiętać, że warunki w Peru są zupełnie inne, niż w Polsce, ponieważ droga przez góry jest o wiele bardziej wymagająca. 
Polscy bracia franciszkanie zostali zabici przez członków ruchu Świetlisty Szlak. Byłem w Peru duszpasterzem akademickim, więc nieraz miałem kontakt z profesorami, którzy byli zwolennikami komunizmu i ruchu Świetlisty Szlak, tego, który był odpowiedzialny za śmierć błogosławionego Michała i błogosławionego Zbigniewa. Tak, jak dawno temu w Polsce, w czasach socjalizmu, członkowie tego ruchu wierzyli, że odpowiedzialnym za wszelkie zło jest amerykański imperializm. Łączyli z tym nienawiść do Kościoła. Członkowie Świetlistego Szlaku niszczyli kościoły, figury, sprzęty kościelne. Przekonując do siebie ludzi, bazowali na ich niewiedzy, po prostu okłamywali w ten sposób ludzi. Mówiono o nich terroryści. Myślę, że czas, kiedy ludzie wierzyli terrorystom, już minął. Po zabiciu polskich franciszkanów Michała i Zbigniewa w Peru rozpoczęto ich czcić jako męczenników. W 2015 roku, 5 grudnia, odbyła się ich beatyfikacja.


Bardzo dużo dzisiaj nowych rzeczy się dowiedzieliśmy. Również tego, że polscy franciszkanie – męczennicy – zostali beatyfikowani. Co to znaczy być beatyfikowanym?

(To znaczy zostać ogłoszonym przez Kościół błogosławionym.)

Tak. Obaj ci zakonnicy są już błogosławionymi. Pamiętajmy o nich i módlmy się za ich wstawiennictwem w intencji naszego papieża Leona! A do poniedziałku proszę was, drogie dzieci, żebyście odpowiedziały na...

PYTANIE:
Jak nazywają się polscy franciszkanie męczennicy z Peru?

OBRAZEK:
Błogosławieni franciszkanie Michał Tomaszek i Zbigniew Strzałkowski.

« 1 »