Jedzie, jedzie! – krzyknął ktoś w wypełnionym po brzegi autobusie. Był to dziwny pojazd, w którym mieszały się języki, a ludzie przekrzykiwali dźwięki gitary świętujących na tylnych siedzeniach Hiszpanów. Wszyscy rzucili się do zaparowanych szyb. W grudniowych ciemnościach mignął osobowy samochód, w którym na tylnym siedzeniu siedział staruszek. To jego obecność wywołała tak żywiołową reakcję. Zdawał się tego nie zauważać, był onieśmielony, zawstydzony, zadziwiony. Tak go zapamiętam.
Postradałeś zmysły?
To właśnie zadziwienie najlepiej określa życie tego spokojnego, nieśmiałego człowieka. Bo przecież, gdy – urodzony w 1915 roku w małej szwajcarskiej wsi Provence – Roger Louis Schütz-Marsauche ruszył rowerem do Burgundii, nie przypuszczał, że osiądzie tu na dobre, a Bóg spełni jego marzenie o wspólnocie braci szukających Tego, który łączy.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








