Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ostatni taki festiwal

Być może był to festiwal przełomowy. W konkursie znalazło się kilka znakomitych filmów zrealizowanych przez młodych, debiutujących reżyserów.

Główną nagrodę tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni zdobył znakomity „Rewers” Borysa Lankosza. Nagroda z pewnością zasłużona, bo debiutujący w filmie fabularnym Lankosz pokazał naprawdę kawał dobrego kina. Na sukces złożyły się znakomity scenariusz, doskonała gra żeńskiego aktorskiego tercetu, czyli Agaty Buzek, Krystyny Jandy i Anny Polony, a także kreacja Marcina Dorocińskiego występującego w roli drugoplanowej. Film rozgrywa się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w roku 1952. Sabina, główna bohaterka, oczekuje na odwiedziny mieszkającego w USA syna. We wspomnieniach wraca do roku 1952. Przekroczyła wtedy trzydziestkę, a matka i babcia, które w swoim mieszkaniu stworzyły swoisty azyl w zdewastowanym przez komunistów świecie, usiłowały wydać ją za mąż. Te dążenia prowadzą do nieoczekiwanych, tragikomicznych konsekwencji. Film Lankosza to z jednej strony realistyczna opowieść oddająca znakomicie atmosferę tamtych czasów, a z drugiej zabawa filmowymi konwencjami. Jury zauważyło też ambitną realizację znakomitego twórcy animacji Piotra Dumały, nagradzając Nagrodą Specjalną „Las” – jego pierwszy pełnometrażowy film aktorski. Nasycony symboliką obraz ze znakomitymi zdjęciami Adama Sikory to przypowieść, w której aż gęsto od biblijnych odniesień. To kino, które traktuje widza poważnie, które podejmuje z nim dialog, a jednocześnie wymaga od niego wysiłku w rozszyfrowaniu wielu symboli i znaczeń.

Dyskusyjne nagrody
O ile nagrody dla filmów Lankosza i Dumały nie budzą wątpliwości, to pozostałe wydają się dyskusyjne. W różnych kategoriach wyróżniono „Świnki”, „Galerianki”, „Wojnę polsko-ruską”, czy „Dom zły” – filmy podejmujące bulwersujące tematy, czy też operujące szokującymi nieraz środkami wyrazu. Szanowne jury w ogóle nie zauważyło natomiast filmów Rafała Wieczyńskiego i Ryszarda Bugajskiego. Zapewne „Popiełuszko. Wolność jest w nas” nie jest do końca obrazem doskonałym, jednak nie da się zaprzeczyć, że kreacja Adama Woronowicza w roli tytułowej należała do najlepszych, jakie mogliśmy oglądać ostatnio w polskim kinie. Jednak nagrodę dla najlepszego aktora przyznano Borysowi Szycowi za rolę w „Wojnie polsko-ruskiej” Xawerego Żuławskiego. Trudno chyba o większe nieporozumienie. Jury nie zauważyło też „Generała Nila” Bugajskiego. A przecież ten dramat polityczny z czasów stalinowskich, jeden z nielicznych, jakie powstały w polskim kinie w ostatnich latach, także zasługiwał chyba na uwagę. Tu również mocną stroną filmu była kapitalna kreacja Olgierda Łukaszewicza w roli bohatera AK. Nagrodę za reżyserię zdobył Wojciech Smarzowski za „Dom zły”. Podobnie jak w jego głośnym „Weselu”, film rozgrywa się w ponurej wiejskiej scenerii, ale tym razem pod koniec lat 70. i w czasie stanu wojennego. To film o krwawej zbrodni, w którym ważniejszy jest podtekst społeczny i częściowo polityczny, chociaż tak naprawdę film mógłby się rozgrywać współcześnie. Diagnoza Smarzowskiego nie jest oryginalna. Nie wychodzi poza to, co już oglądaliśmy w „Weselu”. Polska jest i była kloaką, w której dobry to tylko ktoś mniej zły. Wszyscy jesteśmy uwikłani, a ewentualny bohater z góry jest podejrzany. Nie można zaprzeczyć sprawności warsztatowej reżysera „Domu złego”, jednak, moim zdaniem, prawdziwą wirtuozerią w tej dziedzinie popisał się debiutant Paweł Borowski, twórca znakomitego „Zera”. Jak to możliwe, że fachowcy zasiadający w jury nie zauważyli talentu Borowskiego, który zresztą nie ukończył żadnej szkoły filmowej. A może właśnie dlatego jego film tchnie świeżością i oryginalnym podejściem do tematu współczesności w polskim kinie.

Na krawędzi
„Świnki” i „Galerianki” to filmy, o których już głośno. Z pewnością przyczyniła się do tego drastyczna tematyka obu filmów, jaką jest prostytucja nieletnich. Pierwszy z nich zrealizował Robert Gliński, autor „Cześć Tereska”. Tu również wystąpili naturszczycy, co przydaje wiarygodności opowiadanej historii, ale tylko do pewnego momentu. Akcja filmu rozgrywa się w małym miasteczku na granicy z Niemcami, a tytułowe świnki to prostytuujące się dzieci. Tomek, bohater filmu, interesuje się astronomią, podejmuje także dorywczo różne prace, by pomóc rodzinie. Zakochuje się w dziewczynie, której wymagania sprawiają, że potrzebuje coraz więcej pieniędzy. Ostatecznie, by zaimponować Marcie, zaczyna, podobnie jak jego koledzy, sprzedawać się niemieckim pedofilom, co w konsekwencji prowadzi do tragedii.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także