Nowy numer 32/2020 Archiwum

Zmiana warty

Mają dwadzieścia, trzydzieści kilka lat, i legendarnego kapelana z Żoliborza znają tylko z opowiadań. Jednak w którymś momencie ks. Jerzy Popiełuszko wkroczył w ich życie. I z nimi już pozostał.

Kiedy w listopadzie 1984 r. na warszawskim Żoliborzu ponad pół miliona ludzi żegnało zamordowanego przez Służbę Bezpieczeństwa ks. Jerzego Popiełuszkę, Piotr Bielarczyk miał 6 lat i z mamą stał na obrzeżach kościoła św. Stanisława Kostki. Samego pogrzebu nie pamięta, zna go tylko ze zdjęć. Do parafii św. Stanisława Kostki powrócił już jako student. Był w duszpasterstwie akademickim ks. Zygmunta Malackiego i właśnie tam zrodziła się myśl, żeby zrobić „coś dla ks. Jerzego”. – Z uznaniem patrzyliśmy na Kościelne Służby Porządkowe, które od śmierci ks. Jerzego czuwały przy jego grobie dzień i noc, w słocie, na mrozie i w upale. To byli dawni przyjaciele ks. Jerzego i ci, którzy nie znali go osobiście, ale przyjeżdżali na odprawiane przez niego Msze za Ojczyznę – wspomina Piotr Bielarczyk. – Ktoś z nas zaproponował, żebyśmy też dyżurowali przy grobie. I tak siedem lat temu powstała studencka grupa Błogosławionej Salomei. Chcieliśmy pokazać innym czuwającym, co najmniej o jedno pokolenie od nas starszym, że postać ks. Jerzego jest ważna także dla młodych.

Trudno się nie odezwać
Teraz Piotr Bielarczyk ma 31 lat, żonę Martę i 2-letnią córeczkę Urszulkę. Zrobił doktorat, jest adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, pracuje jako radca prawny w dużej kancelarii prawniczej. Trudno się z nim umówić, bo czasu wolnego prawie nie ma. Mimo to stara się w pierwszą sobotę miesiąca na szóstą rano przyjeżdżać do kościoła św. Stanisława, do grobu ks. Jerzego. Przy mogile dyżuruje zawsze kilka osób, które zmieniają się co cztery, osiem godzin. Inna grupa wolontariuszy dba o to, żeby przy grobie – otoczonym zielenią i głazami, połączonymi ze sobą w różaniec w kształcie Polski – zawsze były żywe kwiaty i zapalone znicze. Inni pracują w służbach informacyjnych i medycznych, oprowadzając i pomagając pielgrzymom, których rocznie do grobu kapelana ludzi pracy przybywa z całej Polski i z zagranicy kilkaset tysięcy.

– Kiedy rozpoczynałem czuwania przy grobie ks. Jerzego, nie znałem jego biografii – mówi Bielarczyk. – Równolegle z dyżurami pomagałem w tworzeniu Muzeum ks. Popiełuszki, w podziemiach kościoła św. Stanisława Kostki. Przy tej okazji zacząłem poznawać tę postać: miałem okazję rozmawiać z jego dawnymi przyjaciółmi, mogłem dotknąć pamiątek po nim, wysłuchać kazań, oglądać zdjęcia. Coraz bardziej czułem się z nim związany. Kiedy tu stoję, czuję, jakby ks. Jerzy w tym miejscu nadal był i trudno się do niego nie odezwać. Mówię mu o sprawach swoich, swojej rodziny i pracy. Duże wrażenie na Piotrze Bielarczyku zrobiły rzeczy osobiste zamordowanego księdza, wśród nich długi, czarno-biały szalik. Ten sam, w którym ks. Popiełuszko został sfotografowany w drzwiach plebanii wraz z „parafialnym” kotem. Zwyczajny przedmiot, jak zwyczajny był sam ks. Popiełuszko. – Cichy, skromny, niepozorny, przechadzał się tak tutaj z brewiarzem – pokazuje na alejki przy plebanii jedna członkiń Służby Porządkowej „Totus Tuus”, która mieszka zaledwie kilka domów od kościoła. – A takie tłumy przychodziły na jego Msze, że palca nie można było wcisnąć. Bo kazania mówił piękne. Przy ołtarzu był jakiś inny, jakby się odmieniał. – Imponuje mi jego konsekwencja, bo wiem, jak trudno nieraz być konsekwentnym w różnych osobistych zamierzeniach – wymienia Bielarczyk. – I mówienie prawdy, bo po tę prawdę ludzie tutaj tłumnie przychodzili. Tej fundamentalnej wartości ks. Jerzy poświęcił się aż do męczeńskiej śmierci.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama