Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Pielgrzymka w minirozmiarze

Dzieci na pielgrzymkach biegają, tańczą, względnie chodzą, ale… na rzęsach. I podobno pielgrzymkowy trud znoszą lepiej niż dorośli. Ale pielgrzymowanie kilkulatków wzbudza kontrowersje. Słusznie?

Na kilku „dzieciowych” forach internetowych wrze: zabierać dziecko na pielgrzymkę? Mamy „pro” argumentują, że wokół są ludzie do pomocy, lekarze, a w najgorszym wypadku można wrócić. Mamy „przeciw” piszą o skrajnym zmęczeniu, upale, deszczu i kiepskim jedzeniu, salmonelli po pierwszym dniu. Również w realu zagadnęła mnie koleżanka: iść na pielgrzymkę z czwórką małych dzieci? Odradziłam, mimo że sama wiele lat chodziłam do Częstochowy. Bo pielgrzymowanie z dzieckiem jest podwójnie (u koleżanki – poczwórnie) trudne. Jednocześnie jest wspaniałe. Pielgrzymować więc z dzieckiem, czy nie?

Grupowa maskotka
Renata Legucka 26 lat temu wzięła na pielgrzymkę synka Rafała. Mały miał wtedy rok. Szli z Praską Pielgrzymką Rodzin. Jeden rok szli, drugi, trzeci. Aż Rafał zszedł z wózka i pielgrzymował na własnych nogach. – Czułem się uprzywilejowany i świetnie to wykorzystywałem. Byłem taką grupową maskotką: chodziłem od grupy do grupy, wszyscy mnie znali – śmieje się, dziś już ks. Rafał, wikary w parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Duczkach pod Wołominem. Rafał z mamą chodzili jeszcze wiele lat. Czasem dołączał do nich starszy brat Rafała, Zbigniew. A gdy Zbigniew się ożenił – również i jego żona. A potem także ich dzieci. Najtwardszym małym pielgrzymem wśród Leguckich jest syn Zbigniewa – Jaś. Ma dziesięć lat, pielgrzymował już kilka razy. I w maju pytał już babcię Renatę: „Idziesz babciu w tym roku, to ja idę z tobą”.

– Mam już swoje lata i troszkę się boję. Ale chociażby ze względu na Jasia, postaram się – mówi pani Renata. Jest ekspertką w pielgrzymowaniu z dziećmi. Ale „jedynie słusznych” pielgrzymkowych rad nie daje: – To trzeba po prostu lubić i chcieć, wtedy będzie dobrze – mówi. – Nasza pielgrzymka jest świetnie zorganizowana: jest smaczny obiad, nocujemy po domach, jest się gdzie umyć i wysuszyć. A dzieci – mogę śmiało powiedzieć – są wytrzymalsze od dorosłych. Jak byliśmy już bardzo zmęczeni na postojach, to Jasiek przynosił nam zupę! – dodaje. Pani Renata twierdzi, że Jasiek nawet pielgrzymkowego kryzysu nie miał (dla niewtajemniczonych: pojawia się po kilku dniach marszu i objawia słowami: „dalej nie idę”. W większości przypadków kończy się w Częstochowie). – Raz Jaśkowi noga spuchła. Mówię mu: „tata zabierze cię do domu”, a on w płacz, że nie chce. Wymoczyłam mu tę nogę w wodzie z solą. I następnego dnia pobiegł dalej.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji