Nowy numer 48/2020 Archiwum

Strzał łaski

Komunistyczni bojówkarze maltretowali go, a potem dobili strzałem z bliska w głowę. Od tej chwili minęło prawie 67 lat. Ks. Eugenio Laguarda jednak… wciąż żyje. Wierni nazywają go zmarłym zmartwychwstałym

Podczas hiszpańskiej wojny domowej (1936––1939) lewicowe bo-jówki wymordowały prawie siedem tysięcy duchownych. Od wioski do wioski krążyły plutony egzekucyjne, urządzając polowania na księży. Ks. Laguardę zatrzymali dwaj milicjanci, kiedy przez góry, w nocy, próbował dojść do Walencji. Znaleźli przy nim brewiarz. To oznaczało praktycznie wyrok śmierci. Bili tak długo, aż przestał dawać znaki życia. Strzał w głowę miał już tylko skrócić agonię, miał być „aktem łaski” morderców.

Dziś ks. Laguarda ma 94 lata. Niedawno dotarła do niego Inés Vélez, dziennikarka tygodnika archidiecezji madryckiej „Alfa y Omega”. „Zmarły zmartwychwstały” udzielił jej obszernego wywiadu.
Zasłużył na śmierć

Eugenio Laguarda Palau urodził się w 1911 roku w Bonrepós koło Walencji. W 1935 przyjął święcenia kapłańskie. Skierowano go do małej wioski Zucaina, w prowincji Castellón. Kilka tygodni po wybuchu wojny domowej dotarła tam jedna z bojówek mordujących księży. Nikogo nie zastali na plebanii. Wstąpili wtedy do baru, zapytać, gdzie jest ksiądz. „Wyjechał. Ale czemu chcecie go zabić, skoro jest porządnym człowiekiem?” – zapytali ludzie. „Wystarczy, że jest księdzem, by zasłużył na śmierć” – odpowiedzieli mordercy i wyjechali z wioski.

– Nie czekając, aż przyjdą drugi raz, ukryłem się w domu jednego ze starszych parafian, pana Bernabé, który mieszkał około półtorej godziny drogi pieszo od wioski. Tam mieszkałem prawie dwa lata. W czerwcu 1938 roku w okolicy zaczęło jednak stacjonować wojsko. Nie mogłem narażać państwa Bernabé. Gdyby znaleziono mnie u nich, wszystkich czekałaby śmierć. Postanowiłem spróbować przejść przez góry do Walencji – wspomina ks. Laguarda.

Zacznij się modlić
Wyruszył wieczorem 17 czerwca. Gdyby dotarł do Walencji, byłby bezpieczny. Wojna zbliżała się już do końca, jej losy były przesądzone. Oddziały generała Franco opanowały już prawie całą Hiszpanię. W zamieszaniu, które panowało w Walencji, łatwo było się ukryć. Szedł drogą z Serry do Náquery. Koło wioski Segorbe zatrzymali go dwaj milicjanci, którzy szukali tam zbiegłego więźnia.

– „Gdzie pan idzie, kim pan jest?” – zaczęli się wypytywać. Wykręcili mi ręce i obszukali mnie. Znaleźli brewiarz. „Co to jest?” – zapytał jeden z nich. – „To książka, z której modlą się księża” – odpowiedziałem. – „No to zacznij się modlić!” – krzyknął i uderzył mnie kolbą karabinu w twarz – opowiada ks. Laguarda.

Pierwszy cios sprawił, że przestał widzieć na prawe oko (odzyskał wzrok po trzech miesiącach leczenia). Drugie uderzenie złamało mu nos. Oprawcy za każdym razem kazali mu wstawać. – Nie wiem, jak długo to trwało. Modliłem się do Matki Bożej, najpierw na głos, potem tak straciłem siły, że już tylko w myślach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama