Nowy numer 28/2018 Archiwum

Cnoty negatywne

Spowiadamy się z grzeszenia myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Najprościej byłoby więc nie myśleć, nie mówić, nic nie robić i nie tracić okazji do dbałości o siebie

Ojciec mojej znajomej, jak to rodzic, chciał pewnego razu wstrząsnąć córką – widać miał powody. Powiedział, że nawet jej zalety są „negatywne”: nie pije, nie pali, nie robi paru innych nagannych rzeczy. Przypomniało mi się to rodzicielskie narzekanie, ponieważ nagle, niespodziewanie i bardzo szybko w tym roku nadszedł Wielki Post. Nawiasem mówiąc, inna moja znajoma, pobożna katoliczka, wyraziła opinię, że ruchomość Świąt Zmartwychwstania nie jest chyba dogmatem i może by je jakoś ustalić – ale to raczej nie jest temat na felieton.

Z okazji Wielkiego Postu, który jest wspaniałym darem dla wszystkich pragnących uporządkować swoje życie, podejmujemy szereg zobowiązań. Bardzo często mają one właśnie charakter „negatywny”: zgodnie z nakazami nie bawimy się hucznie, nie jemy mięsa, gdy nie wolno, próbujemy nie ulegać nałogom, nie sięgamy po słodycze. Wszystko to jest bardzo cenne i nie sposób tych postanowień lekceważyć. Można jedynie zauważyć, że przynajmniej niektóre z nich oznaczają po prostu odkurzenie przykazań Dekalogu i powrót do ich ducha. Tymczasem Wielkanoc, do której się przez sześć tygodni przygotowujemy, to takie piękne święto, że zasługuje na uczczenie przez dokonanie czegoś pozytywnego.

Pozytywne dokonania mogą stanowić próbę charakteru cięższą od rezygnacji z deseru. Na przykład w naszym kraju już samo myślenie pozytywne wydaje się torturą, głoszenie słów dodających otuchy graniczy z katorgą, dobre uczynki zarezerwowane są dla herosów i męczenników, a powstrzymanie się od bezinteresownego podstawienia nogi bliźniemu wymaga niezwykłej odwagi. Nie za bardzo wierzę w istnienie narodowego charakteru – pojęcie to wymyślił jakiś kolekcjoner owadów, który chciał mieć narody poklasyfikowane jak ćmy i motyle. Nader często takie etykietowanie kończy się przyszpileniem do ścianki gablotki.

Jednak jest wśród Polaków pewna cecha, która występuje nagminnie: narzekamy bez umiaru, bez sensu i beznadziejnie. Zdaje mi się, że to nie tyle charakter, co głęboko zakorzenione pogaństwo, podpowiadające marudzenie, by „nie zapeszyć”. Wobec tego myślimy i mówimy, że się nie uda, nie ma szans, nie będzie lepiej. Poza tym nie oddamy, nie ulegniemy, nie zgodzimy się. Czasem rzeczywiście trzeba powiedzieć non possumus, ale im rzadziej się to czyni, tym większy wydźwięk. Spowiadamy się z grzeszenia myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Najprościej byłoby więc nie myśleć, nie mówić, nic nie robić i nie tracić okazji do dbałości o siebie. Tylko czy Ojciec byłby z nas zadowolony?
« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama