Nowy numer 44/2020 Archiwum

Czym skorupka nasiąknie

Jeśli chcesz zadać pytanie w sprawie problemów w rodzinie napisz do mnie ipaszkowska@goscniedzielny.pl lub na adres redakcji skr. poczt. 659, 40-042 Katowice

Różaniec babci
Wnuk jest klasycznym współczesnym dzieckiem rodziców, którzy mają sporo pieniędzy. Na szczęście ma rodzeństwo! Kolejny rok szkolny to przygotowanie do I Komunii i chciałabym się poważnie włączyć.
Zmartwiona babcia


Rodzinom małych dzieci polecam włączanie się w wychowanie religijne o wiele wcześniej niż w klasie komunijnej. Gdy katecheci mówią o Mszach, nabożeństwach, różańcu, obrazkach – to całe oparcie w babciach. U maluchów pojawia się zawsze charakterystyczny radosny błysk w oku i niekontrolowany okrzyk „moja babcia ma różaniec!”. Wtedy lawinowo podnoszą się ręce i każde z dzieci chce się pochwalić, że właśnie z babcią chodzi do kościoła, że z babcią się modli. Rodzice przejmują się, czy ładnie pisze, czy już potrafi płynnie czytać, czy pani w szkole chwali. Jeśli rodzina dostrzega taką sytuację, może ktoś inny, nie tylko babcia, skupi uwagę na wykształceniu religijnym. Warto omówić tę sprawę z rodzicami, by nie było rozdwojenia.

Wielu rodziców traktuje I Komunię św. jako sprawę księdza. Oni są od przygotowania domowej uroczystości, a ksiądz od religijnego przygotowania dziecka. Rodzina godzi się jeszcze na pomoc w odpytaniu z przykazań, modlitw, ale to przecież nie jest najważniejsze. Pamiętam proboszcza, który powtarzał, że jeśli widzi rodzinę w każdą niedzielę w kościele, rodziców przystępujących do sakramentów, to wynik egzaminu nie jest ważny. Bardziej martwiły go wzorowo przygotowane dzieci, których rodzice rzadko pojawiali się w kościele. Babcie mogą budować mocny fundament wiary swoich wnuków.

Rozmyte granice
Nasz syn jest już od lat pełnoletni. Problemy rosną z wiekiem, a my teraz widzimy, ile błędów popełniliśmy przed laty. Podając kilka refleksji, chcemy ostrzec innych rodziców. Może nasze doświadczenie komuś się przyda.Chcieliśmy dla syna dobrego wykształcenia. Obłożyliśmy go korepetycjami, ale tego było za dużo, ponad jego możliwości. Nie potrafiliśmy zaakceptować faktu, że syn jest średnio zdolnym dzieckiem, chcieliśmy, by zdobył wyższe wykształcenie. Kupiliśmy mu komputer. Zapracowani, nie bardzo kontrolowaliśmy używanie Internetu.

Nie dostrzegliśmy, że coraz mniej z nami rozmawiał, za to nie opuszczał pokoju, tracił kontakt z rzeczywistością, stał się samotnikiem... Mąż widział problem. Wymagał, zakazywał, a ja starałam się wszystko łagodzić, usprawiedliwiać. Minęło dużo czasu, nim doszliśmy do wspólnych wniosków i działamy już razem. W czasie sporów syn zarzucał nam, że jesteśmy zbyt ostrzy, staroświeccy, że jego koledzy mają pełną wolność.

Zawstydzeni wycofywaliśmy się z zarzutów i granice tego, co wolno, a czego nie wolno, zupełnie się w naszym domu rozmyły. Zabrakło jednoznacznych decyzji, konsekwencji w działaniu. Jeśli dziecko jest z natury skryte, to można nie zauważyć, że nie opowiada nam już o niczym. Zdawkowe „wszystko OK” okazało się kłamstwem. Może, gdybyśmy nie popełnili tych błędów, również byłyby problemy. Ale my czulibyśmy się lepiej, gdybyśmy ich nie popełnili.

Mama dorosłych dzieci

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama