Nowy numer 5/2023 Archiwum

Przejęty losem Kościoła

„W redakcji mieliśmy kilka dobrych duchów” – wspominała Józefa Hennelowa. „Ale nikt nie zastąpi Turowicza”. 110 lat temu urodził się Jerzy Turowicz – przez ponad pół wieku redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”.

Brakuje mi jego ogromnego ładunku mądrości, ale takiej mądrości nieprzemądrzałej. I trudnego do opisania uroku… Był czarujący, szalenie mądry, równocześnie powściągliwy, pełen spokoju – wspominała go w rozmowie z Joanną Podsadecką koleżanka z redakcji „Tygodnika Powszechnego” J. Hennelowa. „Nas, którzy nigdy nie pracowaliśmy w redakcji »Tygodnika«, a jedynie znaliśmy dziennikarzy stamtąd, zawsze ciekawiło, co opowiadali o roli Jerzego. Mówili, że nawet w redakcji odzywał się rzadko, nie awanturował się, nie podnosił głosu. Wydawałoby się więc, że nie może budzić respektu wśród pracowników. A tymczasem swoją postawą, obecnością, czasem jednym słowem – rozwiązywał trudne sprawy. Myślę, że to brało się stąd, iż dla współpracowników był autorytetem” – mówiła jego przyjaciółka, piosenkarka Anna Szałapak.

Wiedza i czar

Początkowo niewiele wskazywało na to, że urodzony w Krakowie Jerzy Turowicz będzie miał coś wspólnego z dziennikarstwem, bo jako 18-latek rozpoczął studia na Politechnice Lwowskiej na… Wydziale Budowy Maszyn. Już jednak w czasie studiów publikował pierwsze artykuły na łamach „Życia Technickiego”. We Lwowie działał też w Akademickiej Sodalicji Mariańskiej i stał na czele oficjalnego biuletynu środowiska Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Periodyk nosił dość oryginalną nazwę „Dyszel w Głowie”.

Niestety, a może na szczęście, z powodu ostrego zapalenia płuc Turowicz musiał przerwać studia politechniczne. Wrócił do Krakowa, by studiować historię i filozofię na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Znałam Turowicza od lat studenckich. Wrażenie, jakie wtedy na mnie zrobił, właściwie nigdy nie uległo zmianie. Jerzy przez długie lata mnie peszył. Z tego powodu, że jest aż tak mądry, aż tak doświadczony, że tak bardzo dużo wie w porównaniu ze mną. A jednocześnie peszył tym, że ma taki czar… I że porusza się po świecie z ogromną łatwością” – opowiadała Hennelowa we wspomnianym wywiadzie.

Zafascynowany nie tylko personalizmem Jacques’a Maritaina, ale też filozofią całej plejady myślicieli francuskiego katolicyzmu (m.in. Paula Claudela, Charles’a Péguy’ego, Jorisa-Karla Huysmansa czy Josepha Malègue’a), opublikował w 1936 r. na łamach „Prosto z Mostu” artykuł „O Maritainie, czyli o najlepszym katolicyzmie”. Była to ostra polemika z tekstem Adama Doboszyńskiego, który ukazał się w tym samym tygodniku. Turowicz dowodził w niej, że francuska kultura katolicka, którą Doboszyński uważał za zgubną dla naszych katolików, „z racji swej oryginalności i bogactwa mogłaby być dla polskiej inspirująca”.

Jakoś się żyje

Niespełna rok przed wybuchem wojny Jerzy Turowicz poślubił Annę Gąsiorowską. Prawie całą okupację młode małżeństwo spędziło w podkrakowskich Goszycach, w majątku należącym do matki Anny. W tym samym majątku ukrywali się partyzanci, Żydzi, a przez pewien czas także Czesław Miłosz z żoną i teściową.

Podczas wojny urodziły się dwie z trzech córek Turowiczów. Dla Jerzego był to także czas współpracy z prasą podziemną i podziemnym teatrem Tadeusza Kantora. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do Goszyc w 1945 r. małżeństwo przeniosło się do Krakowa. Tam pojawiła się koncepcja stworzenia nowego katolickiego tygodnika, którego promotorem był bp Adam Sapieha. Pierwszy numer „Tygodnika Powszechnego” ukazał się 24 marca 1945 r. Pismo od razu okazało się istotnym punktem odniesienia, zabierając głos w wielu ważnych sprawach i gromadząc wokół siebie grono wybitnych współpracowników. Na jego łamach pojawiło się potępienie pogromu kieleckiego, ukazały się pierwsze opowiadania fantastyczne Stanisława Lema, zadebiutował Karol Wojtyła. Odmowa publikacji nekrologu Stalina sprawiła jednak, że tytuł został przejęty przez współpracujące z władzami Stowarzyszenie PAX, a cała dotychczasowa redakcja wylądowała na bruku. „Kochany Patryku” – pisał w tamtym czasie Turowicz do Zbigniewa Herberta. „U mnie nic szczególnie nowego. Pracy stałej nie mam i na razie jej nie szukam. Prace dorywcze są i przy Boskiej i ludzkiej pomocy jakoś się żyje, tylko że psychicznie człowiek ulega rozkładowi i lenistwu. Nie mogę się zdobyć na to, by uporządkować swój śmietnik, wiele też oddaję się lekturze różnych dziwnych książek”.

Finansowo wspierają wyrzuconych redaktorów m.in. zaprzyjaźnieni księża: Karol Wojtyła, proboszcz kościoła Mariackiego Ferdynand Machay i kapelan sióstr sercanek Andrzej Bardecki. „Ni z tego, ni z owego przychodziły jakieś pieniądze z zagranicy od rodziny, czasami bezinteresowni ludzie wspomagali Jerzego i rodzinę, ale ogólnie była bida. Problemów finansowych jednak nie eksponowano” – podkreśla fotografik Wojciech Plewiński w biografii Turowicza „Co zdążysz zrobić, to zostanie” pióra Anny Matei.

Sobór to nie koniec

Wreszcie przyszła odwilż i Władysław Gomułka przyznał, że odebranie „Tygodnika” było niesprawiedliwe. Na Boże Narodzenie 1956 r. ukazał się pierwszy numer reaktywowanego pisma. Skład redakcji już wkrótce miał się stać imponujący, tworzyć go miały niemal same wybitne nazwiska, m.in. Antoni Gołubiew, Józefa Hennelowa, Stefan Kisielewski, Zygmunt Kubiak, Hanna Malewska, Irena Sławińska, Stanisław Stomma, Jerzy Turowicz, Jacek Woźniakowski, Jerzy Zawieyski i Czesław Zgorzelski. Na początku lat 60. pismo stało się jednym z głównych komentatorów odbywającego się właśnie Soboru Watykańskiego II. „Ale sobór to początek, nie koniec. Waga jego w historii zależeć będzie od realizacji, od wykonania postanowień. Ta realizacja zależy w jakiejś mierze od »centrum«, od Rzymu, zależy jednak także od episkopatów krajowych oraz poszczególnych biskupów. Na realizację soboru mają wpływ także księża i ludzie świeccy. Mają oni obowiązek zapoznania się z postanowieniami soboru i zrozumienia ich. Jeśli rezultatem soboru ma być odnowa Kościoła, to ta odnowa musi się dokonać w każdym z członków tego Kościoła” – podkreślał Turowicz w artykule „Wstępny bilans soboru”, opublikowanym tuż po jego zakończeniu.

„Tygodnik Powszechny” pod wodzą Jerzego Turowicza był zawsze blisko życia Kościoła, komentował na bieżąco to wszystko, co działo się w nim ważnego. 16 października 1978 r., w dniu wyboru Karola Wojtyły na papieża, redaktor naczelny „Tygodnika” przebywał akurat w Rzymie. „Jestem szczęśliwy, że dane mi było być obecnym na placu św. Piotra w tej historycznej chwili, gdy z loggii bazyliki ogłoszono światu, kto jest nowym papieżem” – dyktował swoje wrażenia w telefonicznej korespondencji.

Człowiek życzliwy

Jerzy Turowicz angażował się też politycznie. W 1964 r. podpisał List 34, sprzeciwiający się cenzurze w PRL. W latach 80. redagowane przez niego pismo skupiało wielu ludzi ze środowisk opozycyjnych. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, a w latach 90. wchodził w skład naczelnych władz ROAD, Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Wydaje się jednak, że nie to stanowiło istotę jego działalności. „Jerzy był nade wszystko człowiekiem Kościoła. W najgłębszej warstwie filozofii Turowicza najważniejszą dla niego sprawą był los Kościoła. Przypuszczam, że wiele jego decyzji redaktorskich było podyktowanych przekonaniem, że »Tygodnik Powszechny«, który pisze o Kościele otwartym na człowieka, szanującym świeckich katolików, zdolnym do rachunku sumienia (…), jest temu Kościołowi potrzebny. Turowicz zapewne widział zagrożenia, jakie płyną z obecności nurtu fundamentalistycznego w polskim katolicyzmie. Mógł uważać, że »Tygodnik« ma to jakoś moderować” – stwierdza we wspomnianej biografii Maciej Kozłowski, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.

To przekonanie o możliwości wpływania na kształt polskiego katolicyzmu miało jednak i swoją drugą stronę. W liście, który Jan Paweł II napisał do Jerzego Turowicza na 50-lecie „Tygodnika Powszechnego”, papież zwraca uwagę, że w okresie antyklerykalnych ataków, które miały miejsce w Polsce na początku lat 90., „Kościół w »Tygodniku« nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakich miał poniekąd prawo oczekiwać; »nie czuł się dość miłowany«”. Ta gorzka uwaga nie powinna jednak przesłonić dominującego w liście tonu podziękowania za pół wieku szefowania pismu, którego „los i przyszłość bardzo leżą [papieżowi] na sercu”. Było to także podziękowanie „za pięćdziesiąt lat tej życzliwości, jaką mi Pan okazywał jako Redaktor naczelny”. Właśnie życzliwość jest tą cechą, która pojawia się w większości wspomnień o zmarłym w 1999 r. Jerzym Turowiczu. „W redakcji mieliśmy kilka dobrych duchów” – mówiła Józefa Hennelowa. „Ale nikt nie zastąpi Turowicza”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się