Nowy numer 25/2018 Archiwum

Ratowanie sensu

Myśl wyrachowana: Bóg nie może nam wytłumaczyć sensu śmierci, bo ona nie ma sensu

Po tragedii w Chorzowie w medialnych komentarzach pojawiało się pytanie: „I gdzie był wtedy Bóg?”.
Gdzie? Chrześcijanie powinni wiedzieć, że na Golgocie. Jest tam zawsze, gdy umiera człowiek. W dodatku, dziwnym trafem, On też zadaje to pytanie. Tyle że bez ironii i nie przy kawce sączonej w ciepełku bezpiecznego domu. On to krzyczy z krzyża, wijąc się w męce. Bo co innego, jeśli nie „Gdzie jesteś, Boże”, oznacza rozdzierające „Boże mój, czemuś mnie opuścił”?

Ale nawet chrześcijanie nie zawsze o tym myślą. Wyobrażają sobie, że Bóg siedzi w niebie i celuje w ludzi piorunami, rzuca cegłami z obrywających się gzymsów, topi w falach tsunami albo przygniata dachami. Nie zwrócili uwagi na drobny szczegół: sam Bóg w swojej ludzkiej naturze cierpiał i umarł. Osobiście. Sam przeżył ludzki strach, ludzki ból i ludzkie poczucie opuszczenia przez Boga. Co miał jeszcze zrobić, żeby przekonać Ziemian, że Go ludzka śmierć nie bawi? Któryś z występujących w telewizji gości, omawiając chorzowską katastrofę, użył określenia „bezsensowna śmierć”.

A jaka śmierć jest sensowna? W łóżku? Na wojnie? Wskutek zawału, raka czy marskości wątroby? To, że musimy umierać, zawsze jest bez sensu, bo to nie Bóg wymyślił śmierć. Ona jest skutkiem pierwszego grzechu, tej przeklętej dziury w tym, co miało być całe. Dlatego, choć mamy potężny instynkt życia, wszyscy zostaniemy sponiewierani i brutalnie zmiażdżeni śmiercią. Jedni padną pod dachem hali, inni na szpitalnych łóżkach. Jedni szybko, inni powoli, ale wszyscy tak samo nieuchronnie. I to nie ma sensu. I to jest złe, bo bezsens śmierci wymyślił diabeł. Chciał go ukoronować bezsensem wieczności bez Boga.

I tak by się stało, gdyby nie ofiara Boga. Dzięki niej pod gruzami zostają tylko ciała. Dzięki niej dla tych, którzy nie odrzucą krwi Boga, śmierć jest końcem cierpienia, a nie zaledwie jego początkiem.
Nagły zgon jest szokiem, bo przecież chciałoby się bliskiego chociaż pożegnać. Ale powolna śmierć też ma swoje wady. Kiedy się temu przyjrzeć z bliska, trzeba uznać, że nie ma dobrej śmierci, dobre jest życie. Ważne zatem, żeby śmierć prowadziła do życia.

O tym rzadko się myśli w czasach, gdy uratowaniem życia zwykło się nazywać tylko udaną reanimację. Ale jeszcze nie było takiego zreanimowanego – a nawet wskrzeszonego – który by i tak nie miał umrzeć. Skoro tak, to kto myśli perspektywicznie, powinien częściej niż lekarza odwiedzać konfesjonał.
W sobotnią noc na placu przed ruiną chorzowskiej hali księża udzielali rozgrzeszenia umierającym. Czy ktoś jeszcze nie wie, gdzie wtedy był Bóg?

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji