Nowy numer 49/2020 Archiwum

Inwazja sztuczności

Myśl wyrachowana: Zapłodnienie jest jak uśmiech – nie powinno być sztuczne

Podobno niektórzy politycy lewicy byli w ciąży, ale poronili. Przecież powtarzają, że nie donosili. Chodzi pewnie o te ich poronione pomysły na państwo, którymi zostali zapłodnieni jeszcze za czasów socjalizmu. Pewnie potem z zawiści sprowadzili nam do Władysławowa statek aborcyjny, żeby i konkurencja nie donosiła. Nie bardzo to wyszło, ale widmo poronionych pomysłów zostało i straszy – tym razem u wybrzeży Wielkiej Brytanii. Teraz Anglicy będą mieli „statek płodności”. A właściwie statki, bo – jak doniosła „Gazeta Wyborcza” – miałoby ich być nawet sto. Angielki będą się tam mogły poddać zabiegowi zapłodnienia in vitro nasieniem anonimowego dawcy. To próba obejścia (a raczej opłynięcia) brytyjskiego prawa, wedle którego dawca nie może być anonimowy, bo dziecko musi mieć prawo do wiedzy o swoim ojcu.

Flotę „zapłodnieniową” wymyślił – naturalnie w odruchu serca – duński bankowiec Ole Schou. Wrażliwość pana Schou wzmacnia fakt, że Duńczycy z kolei mają za dużo nasienia od anonimowych dawców, a według swojego prawa nie mogą tych zapasów za długo przechowywać. Pomysł sztucznego zapładniania ludzi po-chodzi z tego samego źródła, co aborcja: z przekonania, że dziecko można traktować jak swoją własność, a nawet zabawkę. Skoro coś jest moje, to mogę z tym zrobić, co chcę – mogę stworzyć, sklonować, mogę też zabić.

Tymczasem dzieci nie są niczyją własnością i nikomu się nie należą. Nikt na nie sobie nie zasłużył, a jeśli przyszły na świat, to tylko z łaski Pana Boga. Można i należy się o tę łaskę modlić, ale lepiej nie próbować Mu jej wykradać.

Obrażają się czasem rodzice, gdy dziecko powie im: „Ja się na świat nie prosiłem”. Mają rację, że się gniewają, bo oni też go nie prosili. Oni po prostu ze sobą współżyli. Stworzyli w ten sposób szansę poczęcia się człowieka, ale nic poza tym. Nie sprowadzali dziecka na świat, choć może mieli nadzieję, że się pojawi. To nie rodzice decydowali o tym, kiedy pocznie się dziecko, a nawet czy w ogóle to nastąpi. Nie oni decydowali o płci, kolorze włosów i oczu, charakterze. O ile więc ich potomek ma pretensje, że istnieje, niech zgłasza je pod adresem Pana Boga. Może wtedy Bóg pokaże mu, jaki z niego szczęściarz.

Jeżeli jednak ktoś poddaje się zabiegowi sztucznego zapłodnienia (nazywanego bałamutnie „leczeniem bezpłodności”), staje się odpowiedzialny za życie człowieka, który się urodzi. Będzie odpowiadał za jego zdrowie i kompleksy pochodzenia. Dziecko „z probówki” ma prawo powiedzieć sztucznym rodzicom, że się na świat nie prosiło. Co gorsza – będzie miało rację. To jest straszna odpowiedzialność i tylko jej nieświadomość sprawia, że złodzieje ludzi bawią się w stateczki.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także