Nowy numer 3/2021 Archiwum

Powódź w klasztorze

Ewakuowane zakonnice w kamizelkach ratunkowych, narzuconych na białe habity, przeszły gęsiego po blatach stołów na zalanym parterze. Wokół pływały lodówki, pralki i tapczany.

Dominikanki przeżyły to samo, co ich sąsiedzi z Wielowsi. Strażacy nieśli sparaliżowaną s. Kingę i s. Akwinatę przykutą do wózka inwalidzkiego. Zakonnice wsiadły do łodzi i ponad płotem swojego klasztoru popłynęły ku lądowi, manewrując między wystającymi z wody dachami osiedla Wielowieś w Tarnobrzegu.

Gromnice w oknach
A jednak nie wszystkie odpłynęły. Siostra przełożona Beata wydała innym zakonnicom polecenie ewakuacji, ale sama z miejsca się nie ruszyła. Nie chciała zostawić bez opieki sarkofagu założycielki Zgromadzenia Sióstr św. Dominika, matki Kolumby. Razem z nią w zatopionym klasztorze przy pierwszej fali zostały trzy inne siostry i dwie przy drugiej fali. Już nocą z 19 na 20 maja, przed wdarciem się pierwszej fali, dominikanki wraz z innymi mieszkańcami Wielowsi solidarnie pracowały na wałach.

Młode siostry w habitach sypały piasek do worków. Inne siostry robiły strażakom herbatę, kawę, coś do zjedzenia. Miały nadzieję, że wał wytrzyma, ale na wszelki wypadek wyniosły na piętro niepełnosprawne siostry. A trzy należące do klasztoru krowy siostry Laurencja i Szczepana wyprowadziły na pobliską górkę. Wał strzelił rano w pobliskiej wsi Koćmierzów. W Wielowsi rozegrały się dantejskie sceny. Samotnie mieszkający mężczyzna uratował swojego psa, wynosząc go na stodołę, ale sam się utopił. Szafa państwa Pietruchów dopłynęła aż do trzeciego sąsiada, podobnie było z meblami i lodówkami pozostałych mieszkańców. Woda przewalała się z hukiem.

– Choć pamiętam wojnę, to nic podobnego jeszcze w życiu nie widziałam – mówi siostra przełożona Beata Talik, rocznik 1938. – W pierwszym odruchu rzuciłam się szukać szmaty, żeby woda pod ołtarz w kaplicy nie podeszła – śmieje się. Razem z dzielnymi siostrami Szczepaną i Laurencją w czasie obu fal powodziowych nie opuściły Wielowsi ani na minutę. Większość czasu spędziły wtedy przed Najświętszym Sakramentem, który zdążyły ewakuować z kaplicy na piętro. Modliły się za powodzian i za tych, którzy im pomagają. Dziękowały, że chętni do pomocy się znajdują. Klasztor wyglądał inaczej niż okoliczne domy także dlatego, że w każdym oknie na zalanym parterze stała... płonąca gromnica. – Dzisiaj mało kto wierzy w sens zapalania gromnicy czy korzystania z innych sakramentaliów, choć ci sami ludzie coraz częściej wierzą w magię – mówi s. Rozaria. – Tymczasem gromnica to jest znak opieki Bożej i wyraz naszej wiary w Opatrzność – mówi z przekonaniem.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama