Nowy numer 25/2018 Archiwum

Moja wiara się zatrzęsła

– Moje życie kapłańskie zaczęło się siedem lat temu od trzęsienia. A było to trzęsienie mocniejsze od trzęsienia ziemi. Bo wstrząśnięta została moja wiara…

Pamiętam doskonale ogromne przejęcie, jakie towarzyszyło mi w czasie święceń. Dzień później była nieopisana szczęśliwość, gdy mogłem sprawować Mszę prymicyjną. Nie przypuszczałem nawet, że z tego szczytu radości zostanę gwałtownie strącony dwa dni później. Bo właśnie wtedy dowiedziałem się, że pewien znajomy ksiądz, który od lat był dla mnie wzorem gorliwości i oddania powołaniu, odszedł z kapłaństwa. Porzucił sutannę jak gdyby nigdy nic, a ja – dopiero co wyświęcony neoprezbiter – walczyłem ze smutkiem, zgorszeniem i zwykłą bezradnością.

Większość z nas ma dość wyidealizowany obraz księdza. Mówimy często, że jest on specjalistą od Pana Boga, duchowym przewodnikiem, pasterzem, kimś szczególnie wybranym. Te wszystkie stwierdzenia są prawdziwe, ale problem pojawia się, gdy zaczynamy dostrzegać potknięcia i grzechy konkretnych księży, gdy dowiadujemy się o ich niewierności, a nawet zdradzie. Jak pogodzić ze sobą te skrajności: z jednej strony niepojęte sacrum, a z drugiej brud ludzkiego grzechu? Chyba dość łatwo jest nam sobie wyobrazić scenę Ostatniej Wieczerzy. Znamy ją chociażby ze słynnego fresku Leonarda Da Vinci. Zachwycająca jest ta piękna harmonia uczty, do której Jezus zasiada w otoczeniu Apostołów. Ale spróbujmy na moment w całej tej scenie zasłonić Chrystusa.

Co nam zostanie? Istne kłębowisko ludzkiej namiętności i grzechu. Zobaczymy zapalczywego Piotra, który trzyma nóż w dłoni: jest gotowy, by odciąć ucho wrogowi, ale w momencie próby zabraknie mu odwagi, by przyznać się do Jezusa. Zobaczymy chciwego Judasza z ręką na sakiewce z pieniędzmi. Zobaczymy całą grupę dyskutujących ze sobą mężczyzn, do których w ogóle nie dociera znaczenie tego, co dzieje się na ich oczach! W czasie wieczerzy spierają się o pierwszeństwo, a w godzinie Ogrójca wybiorą sen zamiast modlitwy z Jezusem…

Ale kiedy na nowo odsłonimy w tej scenie postać Jezusa, to z całej gmatwaniny ludzkich namiętności ponownie wyłoni się cudowna harmonia i spokój. I chyba o to właśnie chodzi w rozumieniu kapłaństwa. Istotę bycia księdzem zrozumiemy, tylko patrząc na Jezusa, który jest obecny wśród wybranych przez siebie uczniów. Jeżeli Go pominiemy, to będziemy widzieć jedynie grzesznych ludzi upadających być może częściej niż inni. Całą prawdę o księżach, także o tych, którzy jak Judasz stają się zdrajcami, tłumaczy tylko Jezusowa miłość do nich. Już od pierwszych dni mojego kapłaństwa wiem, jak bardzo może boleć grzech, niewierność, a nawet odejście księdza.

Zwłaszcza takiego, który wcześniej był wzorem. Ale wiem też, ile prawdy niesie w sobie powiedzenie, nieraz powtarzane przez starych ludzi: podczas gdy zwykłego śmiertelnika kusi jeden diabeł, to nad księdzem pracuje jednocześnie kilka złych duchów. Bo każdy, kto pomnaża dobro w imię Jezusa, z góry jest skazany na nienawiść szatana. A złamanie jednego księdza jest dla diabła tysiąckrotnym zwycięstwem – bo za jednym odchodzącym księdzem kryją się przecież setki ludzi, którzy nie usłyszą z jego ust Ewangelii, nie będą wyspowiadani, nie otrzymają sakramentów… Dlatego proszę Was o modlitwę. Potrzebujemy jej, jak Wy naszej.

Fragmenty homilii wygłoszonej w Wielki Czwartek w kościele w Katowicach-Bogucicach

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji