Nowy numer 48/2020 Archiwum

Komuna skreślona

Młodsi czytelnicy pewnie nie przeżyli jeszcze takiej radości jak ci z nas, którzy pamiętają 4 czerwca 1989 roku. Po 45 latach rządów marionetek, trzymających się władzy dzięki sowieckim czołgom, komunizm na naszych oczach zdychał.

Wybory przeprowadzone tego dnia były tylko częściowo wolne. Komuniści zagwarantowali sobie aż 65 procent miejsc w Sejmie. To był przełom, bo do tej pory obsadzali sto procent miejsc. Jeśli ktoś chciał być w Polsce opozycjonistą, to zamiast w ławach sejmowych mógł sobie posiedzieć co najwyżej w więzieniu. Wielki Brat ze Wschodu przed 20 laty właśnie jednak osłabł. A wtedy przestraszeni polscy komuniści też zmiękli i postanowili dogadać się z polskim społeczeństwem. W czasie obrad Okrągłego Stołu zgodzili się, żeby na pozostałe 35 procent krzeseł do Sejmu oraz na wszystkie fotele do Senatu Polacy wybrali sobie, kogo chcą.

Partia: łatwo wygramy
Ruszył więc festiwal wolności. Dotąd za rozprowadzanie opozycyjnych pism groziły 3 lata więzienia, teraz można je było sprzedawać i czytać legalnie. Z każdego słupa, przystanku, muru patrzyli na przechodniów kandydaci opozycji, sfotografowani z Lechem. Bo właśnie Wałęsa był symbolem i legendą opozycji. W telewizji, w której dotąd nawet samo słowo „Solidarność” było zakazane, nagle pojawiły się całe programy wyborcze Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Ludzie wytrzeszczali oczy na ekrany swoich czarno-białych telewizorów, na których Jacek Fedorowicz najspokojniej w świecie pokazywał, jak z góry na dół skreślać nazwiska komunistycznych kandydatów.

Komunizm to system, który nie potrafi istnieć bez kłamstwa. Dostęp do informacji, który Polacy nagle uzyskali w 1989 roku, dodatkowo usunął więc komunistom grunt spod nóg. Mimo to ważni działacze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej byli tak pewni swojej siły, że tego nie zauważyli. Choćby towarzysz Zygmunt Czarzasty, szef kampanii wyborczej PZPR. „Martwił się on, aby zwycięstwo PZPR nie było nazbyt przygniatające” – napisał o nim Jerzy Urban, wówczas rzecznik komunistycznego rządu. – „Zastanawiał się, co robić, by do parlamentu przyciągnąć trochę ludzi z »Solidarności«.

Przedstawiał ścisłe, krzepiące serca, optymistyczne obliczenia. Wznosił swoje szczere, przezroczyste jakby oczy, ulokowane w gładkiej twarzy, i mówił: Towarzysze, jestem pewien, gwarantuję, mur beton, daję głowę. Zapewniał więc przed klęską pyszny nastrój w gmachu KC. Był niczym owa orkiestra grająca do ostatka na »Titaniku«. Już wszyscy czuli i widzieli, że woda nas zalewa, a on jeszcze wydawał pyszne dźwięki”. Czarzasty nie był jednak w swoich poglądach osamotniony. Wielu jego partyjnych towarzyszy też bało się, że „Solidarność” poniesie w wolnej części wyborów taką klęskę, że Zachód zacznie podejrzewać fałszerstwo wyborcze. A wtedy nici z kredytów, które komuniści chcieli zaciągnąć na Zachodzie na ratowanie przewracającej się gospodarki...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama