Nowy numer 3/2021 Archiwum

Strach w małym mieście

Bezrobocie odczuwają najbardziej mieszkańcy miast, w których dominuje jeden zakład pracy. Kryzys głównego pracodawcy oznacza kłopoty prawie każdej rodziny.

Według danych, jakie „Gość” otrzymał z Powiatowego Urzędu Pracy w Stalowej Woli, w styczniu przybyło tam 903 bezrobotnych, w tym tylko 215 z prawem do zasiłku, a w lutym 684 (139 dostanie zasiłek). Do tego dojdzie wspomnianych 968 osób z likwidowanego ZZM. Jednocześnie brakuje innych ofert pracy. – W grudniu 2008 roku wpłynęło do PUP tylko 67 ofert pracy, w styczniu br. urząd dysponował 55 ofertami. W lutym zgłoszono 32 oferty pracy – mówi nam zastępca dyrektora PUP w Stalowej Woli Mirosława Burkowska.

Bez alternatywy
Nieciekawie wygląda też sytuacja mieszkańców Kraśnika. Finanse tutejszych rodzin zależą przede wszystkim od Fabryki Łożysk, zatrudniającej ok. 2500 osób. Ale firma już zgłosiła do urzędu pracy, że zwalnia 275 pracowników. To podnosi stopę bezrobocia w Kraśniku o ponad 15 proc. Fabryka wybrała na początek te osoby, którym niedługo zacznie przysługiwać prawo do świadczeń przedemerytalnych (to około dwóch trzecich zwolnionych). Prawdopodobnie szykują się kolejne zwolnienia. Poza fabryką źle dzieje się także u małych i średnich przedsiębiorców. W sumie w listopadzie ubiegłego roku pracę straciło w mieście 500 osób, w grudniu 200, w styczniu 400 i w lutym 120. Takie dane przedstawił nam lokalny PUP. – Obecnie mamy ok. 20–30 ofert pracy – mówi „Gościowi” jego dyrektor Andrzej Tyburczuk. – Zależy nam też na aktywizacji osób bezrobotnych. Z Funduszy Pracy chcemy zorganizować staże dla osób w wieku 25–27 lat, jest też szansa na prace interwencyjne, dotacje na rozpoczęcie działalności gospodarczej – wymienia Tyburczuk.

– Dla osób zwalnianych z Fabryki Łożysk nie ma właściwie alternatywy, nie ma szansy dostać w okolicy pracy w tym samym zawodzie – dodaje. Tylko część zwolnionych jest chętna czy zdolna do zmiany kwalifikacji, na to też będą pieniądze w urzędzie pracy. Teoretycznie istnieje też możliwość – nie tylko w przypadku Fabryki w Kraśniku – żeby państwo dofinansowało stanowiska pracy, na przykład dopłacając pracodawcy do składki na ZUS. W zamian pracodawca zobowiązałby się, że nie zlikwiduje miejsca pracy. – To jednak dla Fabryki byłaby niewielka pomoc, zaledwie 6-krotność przeciętnego wynagrodzenia – tłumaczy Tyburczuk. – Fabryce możemy też pomagać inaczej, na przykład finansować szkolenia dla tych pracowników, którym grozi zwolnienie. Ale Fabryka nie zgłosiła się do nas z takim wnioskiem. Zresztą, jak możemy im szkolić na przykład kierowców, skoro oni mają ograniczenia w produkcji – dodaje dyrektor kraśnickiego PUP.

Klienci zwalniają ludzi
„Leoni dostosowuje zakład w Ostrzeszowie do nowej sytuacji swoich klientów”. W taki sposób producent drutów, kabli i systemów okablowania tłumaczy zwolnienia w firmie. Wszystko zaczęło się, jak w wielu innych przypadkach, od spadku popytu na samochody. W grudniu ubiegłego roku zakład firmy w Ostrzeszowie (jeden z kilkudziesięciu na świecie) zatrudniał 1650 pracowników. Z informacji, jakich udzielił nam rzecznik prasowy firmy z Niemiec Sven Schmidt, wynika, że do listopada tego roku liczba zatrudnionych w Leoni w Ostrzeszowie będzie wynosiła tylko 400 osób. Te aż 75-procentowe cięcia załogi firma tłumaczy właśnie brakiem rynku zbytu na samochody. – W związku z tym do listopada 2009 r. nie zostanie przedłużonych ok. 550 umów o pracę, zawartych na czas określony – wyjaśnia Sven Schmidt. Dla 14-tysięcznego Ostrzeszowa oznacza to dramat większości rodzin. Pocieszające może być tylko to, że Leoni zapewnia, że nie ma w planach całkowitej likwidacji zakładu w Polsce. Być może z czasem, gdy wróci popyt na samochody, firma otrzyma więcej zamówień i zwolnione osoby wrócą na swoje stanowiska.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama