Nowy numer 48/2020 Archiwum

Strach w małym mieście

Bezrobocie odczuwają najbardziej mieszkańcy miast, w których dominuje jeden zakład pracy. Kryzys głównego pracodawcy oznacza kłopoty prawie każdej rodziny.

Kraśnik, Stalowa Wola, Dębica, Ostrzeszów, Krosno... To tylko wycinek z mapy kryzysowej ostatnich i przyszłych miesięcy. Urzędy pracy od dawna nie rejestrowały tylu bezrobotnych. A może być jeszcze gorzej. Struktura zatrudnienia w tych miejscowościach opiera się na jednym pracodawcy. Grupowe zwolnienia, jakie mają tam ostatnio miejsce lub są planowane, oraz niespodziewane plajty zakładów spędzają sen z powiek pracujących w nich mieszkańcom. Najczęściej nie ma w okolicy zakładu, który byłby w stanie zatrudnić ich po zwolnieniu. Kryzys staje się tam coraz mniej wirtualną rzeczywistością.

Stalowe nerwy puściły
„Tutaj nikt nie może czuć się bezpiecznie”. Ktoś napisał to dawno sprayem na bloku jednego z osiedli w Stalowej Woli. Straszak na „obcych” niespodziewanie stał się symbolem nastrojów, jakie panują w tym 70-letnim zaledwie mieście. Co druga rodzina jest związana zawodowo z największym lokalnym pracodawcą, Hutą Stalowa Wola SA. Pan Gabriel za 2 tygodnie zostanie bez pracy. Trójka dzieci, żona niepracująca. Jest jednym z 968 członków załogi Zakładu Zespołów Mechanicznych, spółki wchodzącej do niedawna w skład HSW. Firma produkowała maszyny drogowe i sprzęt wojskowy. Do niedawna wszystko kręciło się świetnie, trudno było nawet dostać urlop, tyle było zamówień. Nagle ich liczba zaczęła spadać, a na dodatek okazało się, że ZZM ma poważne zaległości w opłatach m.in. za prąd.

Z dnia na dzień pracownicy dostali wypowiedzenia – do 31 marca mają pracę. – Nie wiem, co dalej, w pobliżu na pewno nie dostanę podobnej pracy – mówi pan Gabriel. Czeka na przystanku na autobus, skończył jedną z ostatnich zmian. Prezes HSW i szef Agencji Rozwoju Przemysłu zapewniali przed chwilą, że sprawa nie jest jeszcze – mimo upadłości ZZM – całkowicie przegrana. – Pani syndyk powiedziała, że chce zatrudnić ponownie od jednej trzeciej do połowy zwolnionych osób, ale to zależy od liczby zamówień dla ZZM – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes ARP i od niedawna pełnomocnik rządu ds. Stalowej Woli. Pan Gabriel jednak nie wierzy w te zapewnienia. – A skąd niby te zamówienia się wezmą, skoro z powodu ich braku właśnie nas zwalniają? – pyta zrezygnowany.

Jest piątek, Huta Stalowa Wola nie pracuje, tylko – paradoksalnie – likwidowany ZZM. Prezes HSW tłumaczy nam, że taki jest układ ze związkami zawodowymi: cztery piąte etatu, ale bez zwolnień. Od szefa lokalnej „Solidarności” Andrzeja Kaczmarka dowiaduję się o skali problemów w firmie. – Zwolnienia są nieuchronne, przecież tam stoją wyprodukowane maszyny o wartości 100 mln zł, których nikt nie kupuje – mówi Kaczmarek. Faktycznie, widzimy żółte koparki zalegające wielki plac na terenie jednego z zakładów Huty. Zamówienia zbrojeniowe dla MON podobno schodzą, gorzej z towarami cywilnymi. – Nie jesteśmy skończeni, na pewno nie przewidujemy na razie żadnych zwolnień grupowych – zapewnia prezes HSW Krzysztof Trofiniak. Jednak wszystko zależy od zamówień. Choć prezes przyznaje też, że w spółkach Huty powinno pracować maksymalnie 2100 osób, a nie, jak obecnie, 2400. Na terenie dawnego konglomeratu Huty działa wiele innych spółek, całkowicie prywatnych i niezależnych od HSW. W sumie ok. 14 tys. pracowników. Branża podobna jak w HSW, więc brak zamówień może oznaczać dramat tych wszystkich ludzi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama