Nowy numer 48/2020 Archiwum

Oswajanie zbrodni

Powtarzaj kłamstwo tak długo, aż ludzie uwierzą, że jest prawdą. Ta Goebbelsowska zasada sprawdza się prawie zawsze. Wielu ludzi uwierzyło, że eutanazja jest aktem miłosierdzia.

Mechanizm zawsze podobny: w mediach pojawia się dramatyczny apel osoby, która chce, by skrócono jej cierpienie, albo prośba (żądanie) opiekuna chorego, by państwo pozwoliło na przerwanie życia, które i tak jest czekaniem na śmierć. Następnie toczy się „debata”, sprowadzająca się najczęściej do publikacji kilku sondaży, wskazujących jednoznacznie, że większość (lub duża część) społeczeństwa popiera eutanazję w tak skrajnych przypadkach. Podchwytują to aktywni zwolennicy eutanazji i coraz głośniej domagają się „zerwania z hipokryzją”, bo przecież „i tak dokonuje się eutanazji w tajemnicy”, a nieuleczalnie chorzy zasługują na godną śmierć. W ten sposób w różnych miejscach na świecie otwierano furtki, co z czasem prowadziło do wyważania całych drzwi i uśmiercania, także bez wiedzy i zgody samych zainteresowanych. Jedno w tym wszystkim było prawdą: cierpienie chorych i – nierzadko – autentyczne zagubienie i wyczerpanie opiekujących się nimi bliskich. Kłamstwo zaś zawsze polegało na wmawianiu, że jedynym rozwiązaniem jest przerwanie „mało wartościowego”(!) życia. I że mamy prawo decydować o czasie, w którym jego wartość jest „nie do odzyskania”.

Zmruż oczy
W roku 1973 w Holandii lekarka Gertruda Postma uśmierciła swoją chorą matkę. Kobieta stanęła przed sądem i tłumaczyła, że matka wielokrotnie prosiła ją o to, bo nie mogła znieść pogłębiającej się depresji. Okazję wykorzystała Holenderska Fundacja na rzecz Eutanazji. Zaczęła organizować demonstracje poparcia dla pani Postmy i przekonywać, że lekarz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek przerwać życie, które jest jedną wielką męką. Z poparciem mediów dosyć łatwo udało im się przekonać Holendrów, że eutanazja nie jest zabójstwem, tylko aktem miłosierdzia. W końcu sąd wydał symboliczny wyrok: tydzień więzienia w zawieszeniu plus rok nadzoru sądowego. O sprawie pisał m.in. dr Ryszard Fenigsen („Eutanazja. Śmierć z wyboru?”), kardiolog polskiego pochodzenia, przez 19 lat pracujący w Holandii, oraz dr Karel Gunners, były przewodniczący ruchu „Lekarze na rzecz Poszanowania Ludzkiego Życia”, w rozmowie z Piotrem Semką („Życie”, 8.01.97). Odtąd praktyką stało się uniewinnianie osób, które dokonały eutanazji.

A jak to wyglądało ponad 20 lat później? W Hadze, w domu starców, pielęgniarz wykonał polecenie lekarza i podał śmiertelne dawki insuliny przynajmniej pięciu podopiecznym. W jego obronie stanęło Królewskie Towarzystwo Lekarskie, sędziowie i, oczywiście, organizacje proeutanazyjne. Potwierdził to także dr Fenigsen w tekście opublikowanym 2 lata temu w „Rzeczpospolitej”. Wątpiącym w takie świadectwa można tylko polecić raporty rządu holenderskiego (sprzyjającego eutanazji). Na przykład w 1990 r. raport stwierdził, że wykonano w ciągu roku ok. 2300 eutanazji. Z tym, że ta liczba obejmuje tylko akty przerwania życia na prośbę samych chorych. Jednocześnie ten sam raport rządowy podaje, że ponad 23 tys. przypadków uśmiercenia odbyło się bez zgody samych zainteresowanych! Te liczby są w raporcie, choć rząd nie zaklasyfikował ich jako eutanazji. Taką metodę dr Fenigsen nazywa wprost kryptanazją. Raport rządowy sporządzony 5 lat później donosił, że aż w 33 proc. przypadków lekarze przyspieszali śmierć pacjentów, chociaż nadal była szansa na leczenie i poprawę stanu zdrowia.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama