Nowy numer 38/2018 Archiwum

Twarze wujka Lou

Merton mawiał, że nie posiada odpowiedzi, lecz jedynie szuka i stawia pytania Cały był uśmiechem, szerokim, chłopięcym, szczerym, ale często też ciętym i krytycznym. Tomasz Merton, amerykański trapista, wciąż budzi podziw i krytykę.W styczniu obchodziłby setną rocznicę swoich urodzin.

Biograf Mertona Jim Forest wspomina, że kiedy przybył pierwszy raz do opactwa Gethsemani, w którym mieszkał Tom (ojciec Ludwik, wujek Lou), podczas modlitwy usłyszał śmiech dobywający się zza ściany. Okazało się, że w pokoju obok, na podłodze, ze stopami uniesionymi ku górze, rękami splecionymi na brzuchu i przyciągniętymi do nich kolanami, tarzał się Merton. Powodem śmiechu był specyficzny zapach nóg trzymanych od dłuższego czasu bez przerwy w butach.
Między barema klasztorem
Zanim wstąpił do trapistów, jego życie nie było nudne, wręcz przeciwnie, bujne i szybkie. Przyszedł na świat ostatniego dnia stycznia 1915 roku, u podnóża Pirenejów, w miasteczku Prades. W wieku lat piętnastu dowiedział się, że jest właścicielem akcji jednej z firm, posiadaczem ziemi i właścicielem wyspy. Większość czasu spędzał w gospodzie „Pod Lwem” lub w „Czerwonej Krowie”. Cenzorzy zakonni zakazali mu opisywać w autobiograficznej „Siedmiopiętrowej Górze” bardziej grzeszne kawałki życia. Póki co, ani mu się śniło o świętości czy surowym klasztornym życiu. W dzień pisał, noce oddawał przyjaciołom, piwu (zamiłowanie do tego napoju zostało mu do końca życia), jazzowi, boogie woogie, i tańcowi.
Do katolicyzmu zbliżył się poprzez dzieła Maritaina i Gilsona, a także św. Jana od Krzyża i Teresy od Dzieciątka Jezus. Mnich buddyjski zachęcił go do lektury „Wyznań” św. Augustyna i „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza ŕ Kempis. Po okresie zmagań dwudziestotrzyletni Merton przyjął chrzest w Kościele katolickim. Chciał nawet wstąpić do franciszkanów. Przeszkodą okazało się jednak dziecko Toma, o którego istnieniu poinformował przełożonych. Pracował wśród biedoty murzyńskiej, współpracując z działaczką społeczną – Dorothy Day. W 1941 roku wstąpił do opactwa trapistów Gethsemani w stanie Kentucky w USA, przyjmując imię brat Ludwik.

Humor Pana Boga
Wstąpił do zakonu, gdzie spał w swoim ubraniu na przykrytych słomą deskach, w pomieszczeniach lodowatych zimą, a zbyt gorących latem, gdzie posty trwały pół roku, gorąca woda była dostępna dwa razy w tygodniu, a biczowano się w każdy piątek Złożenie ślubów skwitował krótko: „Nie brak Bogu poczucia humoru, skoro do czegoś takiego wybiera kogoś takiego jak ja!”. Bardzo bał się, już jako pustelnik, że zostanie opatem, wywiesił więc na klasztornej tablicy ogłoszenie: „Moja kampania przeciw wybraniu mnie opatem, na rzecz pozostawienia mnie na stanowisku stałego dozorcy psiej budy”. Drażniły go formalność, zbytni instytucjonalizm, schematyczność i religijne slogany.

W klasztorze zaczęło go pochłaniać pisarstwo, dosłownie pochłaniać, gdyż tematyka jego prac jest bardzo rozległa: dzieła ascetyczne i religijne, związane z duchowością i historią trapistów, żywoty świętych, poezja, dramat, krytyka literacka, książki na tematy społeczne i polityczne. Merton prowadził ożywioną korespondencję z wieloma ludźmi, takimi jak 16-letnia Susan, która pytała go, czy lubi muzykę pop, co sądzi o Beatlesach i o LSD (Beatlesi podobali mu się, chwalił Boba Dylana, a LSD nie potrzebował, bo nakręcały go ptaki), ale też z takimi jak Pasternak czy Czesław Miłosz.

Otwarty i rozdarty
Był świadomy, że ważniejsze jest to, kim jesteśmy, a nie, co robimy. Stale było też w nim obecne pytanie: co na to Kościół? Uważał, że być katolikiem, znaczy „przede wszystkim umieć wniknąć w problemy i radości wszystkich ludzi, rozumieć wszystkich, być dla nich każdą rzeczą”.
Był świadomy bogactwa chrześcijańskiej tradycji, a jednocześnie pozostawał otwarty na inspiracje muzułmańskie, żydowskie czy buddyjskie.

Zginął 10 grudnia 1968 roku, podczas konferencji w Bangkoku, związanej właśnie z jego dalekowschodnimi pasjami. Poraził go prąd z zepsutego wentylatora. Ostatnie słowa wygłoszonego przez niego wykładu brzmiały: wobec tego znikam... i zniknął.

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji