Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nawrócony przez USG

Z zabójcy nienarodzonych przeobraził się w ich największego obrońcę, a jego "Niemy krzyk" uratował tysiące istnień ludzkich. Bernard Nathanson zmarł 21 lutego jako katolik.

Jako ginekolog i dyrektor największej w Nowym Jorku kliniki aborcyjnej był odpowiedzialny za zabicie ok. 75 tys. nienarodzonych. Potem stał się symbolem ruchu pro life. Wreszcie, w wieku 70 lat, nawrócił się na katolicyzm. Co stało za tą jedną z najbardziej radykalnych przemian XX wieku?

Szatański świat aborcji
Ewa Kowalewska, szefowa Human Life International Polska, poznała doktora Bernarda N. Nathansona pod koniec lat 80. ub. wieku, na jednym z kongresów rodziny. – Był już wtedy po stronie życia, otaczała go legenda – wspomina Kowalewska. – We mnie budził sprzeczne uczucia. Imponowała mi jego olbrzymia wiedza, widziałam też, jak silnie działa na ludzi jego świadectwo. Był świetnym mówcą, przekazywał informacje w sposób jasny i jednoznaczny, choć trudno powiedzieć, że porywający. Wyczuwało się w nim pewien smutek. Zawsze zdystansowany, opanowany, wydawał mi się twardym mężczyzną, który nigdy nie reaguje emocjonalnie. Dla niego najważniejsze były fakty. Urodził się w 1926 roku w rodzinie żydowskiej, w której wyraźnie dominował ojciec. To on skutecznie zniechęcił chłopca do religii, a nienawiść, jaką ojciec żywił wobec swojej żony, nie pozostała bez wpływu na późniejsze relacje Bernarda z kobietami. „Mam za sobą trzy nieudane małżeństwa i jestem ojcem posępnego, podejrzliwego, ale biegłego w informatyce syna” – wyznawał po latach w autobiografii zatytułowanej „Ręka Boga” (w Polsce wydanej nakładem Frondy i Apostolicum). Odrzucił Boga swojego dzieciństwa – majestatycznego i karzącego, ale w to miejsce wtargnęła pustka. Kiedy okazało się, że Ruth, jego dziewczyna z czasów studenckich, zaszła w ciążę, oboje zdecydowali się na jej przerwanie. Związek rozpadł się po tym doświadczeniu, które – jak pisze Nathanson – stało się jego „pierwszą wycieczką w szatański świat aborcji”.

Dobra zła robota
Potem ruszyła lawina zła. „Usuwałem dzieci moich przyjaciół, kolegów z pracy, przypadkowych znajomych, a nawet nauczycieli. Nigdy nie odczuwałem bodaj cienia wątpliwości i nigdy nie zachwiałem się w przekonaniu, że oddaję wielką przysługę tym, którzy szukają u mnie pomocy” – wspomina w swojej książce. Opisuje w niej też, jak z zimną krwią mordował własne dziecko, nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. „Przysięgam, że nie było we mnie innych uczuć poza świadomością sukcesu i dumą z powodu własnej fachowości (…) Taka, Drogi Czytelniku, jest mentalność abortera: jeszcze jedna dobra robota, kolejna demonstracja moralnie obojętnej nowoczesnej technologii w rękach amoralnego lekarza” – konkluduje. Zagłuszanie sumienia przybrało wkrótce jeszcze bardziej radykalną formę. Nathanson wraz z Lawrencem Laderem rozpoczął opracowywanie wielkiej politycznej kampanii, mającej na celu zliberalizowanie aborcyjnego prawa w Stanach Zjednoczonych. Został liderem National Abortion Rights Action League (NA-RAL) – największej proaborcyjnej organizacji w USA. „Naszą ulubioną taktyką było obarczanie Kościoła odpowiedzialnością za śmierć każdej kobiety zmarłej na skutek nieudanej aborcji” – opowiada. Oczywiście liczbę nielegalnych aborcji zawyżali bez żadnych skrupułów. – Nathanson poznał tę strategię od środka, dlatego kiedy stał się obrońcą życia, mógł ją z łatwością obnażyć – twierdzi Ewa Kowalewska. – Dzięki temu zapobiegł usunięciu zapisu o ochronie życia z irlandzkiej konstytucji.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama