Nowy numer 09/2024 Archiwum

Do ziemi obiecanej

Księga Wyjścia stała się dla mnie rzeczywistością. Na wydarzenia sprzed tysiącleci patrzę teraz przez pryzmat tego, co dzieje się w Sudanie. Setki tysięcy osób wybiera się właśnie w podróż do swojej „ziemi obiecanej”, zostawiając za sobą ubogie, ale w miarę stabilne życie.

Wracamy do domu – uśmiecha się do mnie, zmęczony długotrwałym oczekiwaniem na ciężarówkę, która zabierze jego skromny dobytek, Michael. Obok niego na płachcie materiału (z dużym przybliżeniem można by ją określić jako koc) siedzi jego rodzina. Urocza żona w stroju, który wnosi kolor w pustynną monotonię otoczenia, i grupka dzieci w wieku od kilku miesięcy do dziesięciu lat. Obok stoi dobytek ich życia. Stelaże łóżek, materac, lekko połamane krzesła, plastikowe beczki i kilka walizek. Wszystko, czego „dorobili się” w czasie ubogiego życia w Chartumie i co wynieśli ze swojego ubożuchnego, składającego się z kijków i szmat domu w Mayo. Mężczyzna jest zmęczony, bo na pustyni, bez dachu nad głową, siedzą już z rodziną od trzech dni. Władze zapewniały ich (tak jak setki tysięcy innych), że transport na Południe Sudanu, skąd przybyli, jest zapewniony, że kiedy się spakują, od razu wyruszą. Najpierw ich rzeczy na wielkich ciężarówkach, a potem oni sami. Ale to tylko obiecanki, ciężarówki wprawdzie odjeżdżają, ale nie jest łatwo się na nie załapać. Więc czekają już od trzech dni, nie mogąc wrócić do domu, bo nie wiadomo, czy w momencie nieuwagi ktoś nie wyczyta ich nazwiska i czy transport nie przepadnie. Załadunek na ciężarówkę to zaś dopiero pierwszy krok. Potem trzeba jeszcze znaleźć dla siebie autobus i cztery (przynajmniej) dni tłuc się przez sudańskie drogi do Juby (to stolica Sudanu Południowego), a potem kolejne dni do swoich rodzinnych stron. Dalej trzeba odnaleźć swoje rzeczy i urządzić życie na nowo. W miejscu, którego większość z „powracających do domu” nigdy nie znała, bo do Chartumu przybyli już ich rodzice, niekiedy dziadkowie.

Marzenie o domu
Takich ludzi jak Michael są tysiące. Jak okiem sięgnąć, na pustyni rozciągającej się obok obozu dla uchodźców (który przez lata stał się czymś w rodzaju dzielnicy nędzy) siedzą ludzie wraz z całym dobytkiem. Do Juby i dalej ciągną ze sobą dosłownie wszystko. Lekko zardzewiałą bramę od własnego domostwa, wiatrak, połamane krzesła. Wszystko może się przydać w nowym miejscu, gdzie ceny (i to nawet za ramę do łóżka) są wielokrotnie wyższe niż w Chartumie czy nawet w Warszawie. A pensje, jeśli w ogóle o jakichś można mówić, są dwudziestokrotnie niższe niż w Polsce. W ich oczach, choć widać zmęczenie, nie ma jednak strachu, a jest głęboka radość. Oni rzeczywiście wierzą, że za cztery, pięć dni, może za tydzień dotrą do swojej „ziemi obiecanej” (promise land – tak o niej mówią) i zaczną nowe, lepsze życie. Życie w państwie, które nie będzie już traktowało ich jak obywateli drugiej kategorii (z powodu ciemniejszego niż u Arabów koloru skóry), które nie będzie islamizowało chrześcijan i które da im możliwość pełnego rozwoju własnej afrykańskiej tożsamości. Te nadzieje związane są z referendum. 9 stycznia Sudańczycy z Południa mają zdecydować, czy chcą powstania nowego państwa, w którym staną się w końcu obywatelami, czy też chcą utrzymać jedność Sudanu. Rozmowy nie pozostawiają wątpliwości, że większość z Południowców (także Kościół katolicki i inne wspólnoty chrześcijańskie) chciałaby separacji. – To jest nasza droga do wolności, do normalności – uśmiecha się szeroko ojciec Santino Morokomo Maurino, sekretarz generalny Sudańskiej Konferencji Biskupów Katolickich. – Tu nie da się już normalnie funkcjonować – dodaje.

Dostępna jest część treści. Chcesz więcej? Zaloguj się i rozpocznij subskrypcję.
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy