GN 28/2019 Archiwum

Historyk

Przypadek Pawła Zyzaka dowodzi, że w III RP możliwe jest wykluczenie za prowadzenie badań naukowych na zakazany temat.

W Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego zdecydowano, że karę powinien ponieść nie tylko autor, ale i uczelnia, która na świat wydała tak poroniony płód jak magister Zyzak. Minister Barbara Kudrycka w trybie nagłym zażądała kontroli Wydziału Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Później media donosiły, że w ramach odwetu miały zostać wstrzymane dotacje na rozbudowę nowego kampusu tej uczelni. Największym paradoksem debaty o książce był fakt, że w jej centrum nie znalazł się autor, ale IPN, który z jej przygotowaniem nie miał nic wspólnego. Nie przeszkadzało to „Gazecie Wyborczej” pisać o Pawle Zyzaku: „historyk z IPN”. „Gazeta” pisała także, że Zyzak pracę w Instytucie dostał, zanim obronił pracę magisterską, co sugerowało, że jest to nagroda za rozprawę o Wałęsie.

Berufsverbot
IPN atakowany przez polityków i Wałęsę bronił się w kiepskim stylu. Prezes Kurtyka napisał list do Lecha Wałęsy, w którym przepraszał go za publikację i stwierdzał, że Zyzak nadużył wolności słowa. Był to dla niego szczególnie bolesny moment. Pytany o komentarz do tamtych wydarzeń, mówi: – Widocznie był to dla prezesa Kurtyki o jeden cios za dużo. Takie stanowisko miało jednak dalsze konsekwencje. Na początku maja 2009 r. dowiedział się, że skończył się okres jego pracy w Instytucie, pomimo wcześniejszych obietnic zatrudnienia go na stałe w Biurze Edukacji Publicznej. Nagonka medialna trwała. On przyzwyczaił się do epitetów, rodzina i krewni znosili to znacznie gorzej. Próbował zatrudnić się jako elektronik, m.in. w Fiacie, gdyż ukończył technikum elektroniczne, ale i tam go nie chciano. Miał rocznego syna, a nie udało mu się nawet zarejestrować jako bezrobotny. W urzędzie powiedział, że ma podpisaną umowę na wydanie książki, która teoretycznie miała mu zapewnić jakieś przychody. Stwierdzono więc, że nie kwalifikuje się do pomocy społecznej. Nie załamywał rąk. Jeździł po Polsce i na spotkaniach organizowanych głównie przez środowiska „Gazety Polskiej” wygłaszał prelekcje oraz sprzedawał książkę, której wielkie hurtownie i sieci księgarskie długo nie chciały przyjąć do dystrybucji. W ten sposób w ciągu roku sprzedał blisko 15 tys. egz.

Gdy wydawało się, że wszystkie drzwi zostały przed nim zamknięte, dowiedział się, że pracowników potrzebuje jeden ze sklepów „Tesco” w Bielsku-Białej. Zgłosił się i został przyjęty. Przez pięć miesięcy pracował w magazynie, gdzie rozładowywał palety z tirów, ustawiał towar na półkach, sprzątał. Piekł także pieczywo. Jak wspomina, koledzy z pracy byli mili i życzliwi. O książce nie słyszeli, aż ktoś się o tym dowiedział, ale to tylko zwiększyło sympatię do niego. Przełom nastąpił, gdy otrzymał zaproszenie od Polonii w USA, a w lutym tego roku możliwość studiowania w renomowanym The Institute of World Politics w Waszyngtonie. Niedawno zdał także na studia doktoranckie na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale wybrał ofertę Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie otrzymał stypendium. Teraz pisze o losach „Solidarności” w latach 80. XX wieku. Za kilka miesięcy ukaże się nowe wydanie jego książki o Wałęsie. Czy jest to więc historia z happy endem? Nie sądzę. Zastanawiam się bowiem, czy gdyby nie pomoc amerykańskiej Polonii, młody historyk nadal byłby zmuszony pracować w Tesco?

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL