Nowy numer 21/2022 Archiwum

Chleb o smaku jabłka

Zbieraniem owoców w sadach pod Grójcem ratują się zarówno Polacy, jak i Ukraińcy. Ale już niedługo jednych i drugich mogą wyprzeć Chińczycy.

Każdy sadownik w powiecie grójeckim i rawskim wie, że gdy zabraknie robotników przy zbiorach, wystarczy podjechać na dworzec PKP w Warce, by znaleźć chętnych do pracy. Przed dworcem koczują nieogoleni panowie, którzy w poszukiwaniu zarobku przyjeżdżają do Warki z różnych stron Polski. Są wśród nich ludzie uczciwi i nieuczciwi, bezdomni i kryminaliści, ale z reguły nikt nikogo o nic nie pyta. „Jarmark robotników” zakwita na przełomie września i października. Rano podjeżdżają dostawcze samochody i zabierają tych, co nadają się do pracy. Jak Zalewski w Polskim Radiu zapowie deszcz lub przymrozek, wzięciem cieszą się nawet ci, co zaczęli dzień od miejscowej „Warki”.

Lepszy Ukrainiec?
Oficjalnie sadownicy mówią, że jesienią jabłka z drzew zrywa im bliższa i dalsza rodzina. Ale tajemnicą poliszynela jest, że przy zbiorach pracują na czarno przypadkowi ludzie, bez pisemnej umowy i jakichkolwiek świadczeń. Na wstępie ostrzegani są, że gdy spadną z przyczepy i złamią rękę – nie mają żadnych praw do roszczeń, na przykład do odszkodowania. Przy zrywaniu jabłek można zarobić od 80 do 100 zł dziennie. Liczba chętnych do pracy zależy od ogólnej sytuacji gospodarczej w regionie i kraju. Robotnicy zgłaszają się masowo, gdy zlikwidowany zostanie duży zakład w okolicy albo państwo ograniczy jakiś zasiłek. Z roku na rok Polakom rośnie konkurencja, ponieważ coraz częściej w sadach można spotkać Ukraińców. Właściciele wolą zbieraczy zza wschodniej granicy, bo podobno lepiej pracują, zwłaszcza kobiety. One są bardziej zmotywowane, przyjeżdżają, żeby zarobić na mieszkanie, studia dla dzieci, wyżywienie na cały rok. Mieszkają w komórkach przy sadach lub na kwaterze.

– Z samego rana pojawia się bus i kierowca pyta, czy nie potrzebuję ludzi do zbiorów. Jak potrzebuję, to biorę i nie pytam, w jakim języku mówią – przyznaje sadownik z grójeckiego. Prawdopodobnie nadal istnieją firmy, które na czarno organizują Ukraińcom pracę w Polsce. Kilka lat temu zlikwidowano giełdy robotników zza wschodniej granicy w podwarszawskim Błoniu i Piasecznie. Ukraińcy byli zatrudniani głównie na budowach i w gospodarstwach rolnych, m.in. w Łódzkiem. Zainteresowani tanią siłą roboczą, wjeżdżając codziennie na plac, musieli tylko dokonać stosownej opłaty, którą pobierała „firma”. Opłaty obowiązywały także Ukraińców, płacili za noclegi w wynajętych przez „firmę” stodołach, oborach czy opuszczonych ruderach.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama