GN 43/2020 Archiwum

Polskie tory ciągle chore

PKP to setki intratnych posad dla „krewnych i znajomych królika”. Być może z tego powodu od lat żadna reforma kolei nie może się powieść.

Polska kolej to worek bez dna. Niekonsekwentnie wdrażana od prawie 10 lat reforma powoduje, że zamiast lepiej jest coraz gorzej. Już nie tylko podróż odbywa się w skandalicznych warunkach, nie tylko pociągi jeżdżą, kiedy chcą, ale nawet ich kursowanie jest zawieszane. – Stabilność jest podstawą funkcjonowania kolei – zauważa dr Michał Beim, ekspert ds. transportu z Instytutu Sobieskiego. – Odwoływanie pociągów to psucie gałęzi gospodarki o ogromnych konsekwencjach. Ten środek transportu pełni ważną społecznie rolę, zapewniając dojazdy do pracy, szkół itp.

Nie można z dnia na dzień pozbawić pasażerów tej możliwości. Oznacza to wysokie straty. W dodatku kolejowa infrastruktura woła o pomstę do nieba. Ostatni nowy odcinek torów został oddany do użytku bodaj w 1985 roku. Od czasu do czasu rzucane opinii publicznej plany remontów dworców pozostają w sferze wizualizacji. Co i rusz okazuje się, że prace będą kosztowały więcej niż planowano. To tak naprawdę działania z zakresu pozytywnej propagandy. Fokus kolejnych rządów – jak oceniają eksperci – skierowany jest na budowę autostrad. Poza efektownym medialnie programem kolei szybkich prędkości, plany reformy PKP, którymi głośno chwaliła się rządząca koalicja, nadal są w lesie.

Skansen socjalizmu
W ubiegłym tygodniu polskie koleje dotknął prawdziwy zawał. Nie wyjechało na trasy kilkadziesiąt pociągów międzywojewódzkich (InterRegio), należących do władz samorządowych przewoźników Przewozy Regionalne (PR). PKP Polskie Linie Kolejowe (właściciel linii) nie zezwalają na wyjazd składów, bo spółki nie porozumiały się co do spłaty zadłużenia. PR winne są PKP PLK 106 mln zł za ten rok i około 130 mln zł za ubiegły. Ale to, co dzieje się obecnie na kolei, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Skala zaniedbań i niekonsekwencji w reformowaniu jest przeogromna. Po 1989 roku żadnej ekipie rządowej nie udało się uporać z kolejowym molochem. I nawet niewielu próbowało. Kolejowe spółki to setki posad dla „krewnych i znajomych królika”. Stanowią materialne zaplecze politycznych kadr, dla których zabrakło miejsca na eksponowanych stanowiskach.

W dodatku faktyczną władzę na kolei nadal mają związki zawodowe. W PKP, zatrudniających ponad 100 tys. osób, działa 19 central, do których należy prawie 90 proc. załogi. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że związki te mają wybitnie roszczeniowy charakter. Dążą do utrzymania odziedziczonego po PRL status quo ante. Są w stanie zablokować każdą decyzję wprowadzającą spółkę w szranki walki konkurencyjnej. – To skansen księżycowej gospodarki – ocenia Michał Beim. Po wtóre – na kierowniczych stanowiskach w PKP nie dokonała się wymiana pokoleniowa. Władzę formalną sprawują nadal osoby wychowane do działalności zawodowej za komuny, gdy kolej była narodową dumą, elementem systemu obronności, a jej składniki były objęte tajemnicą. Zdaniem ekspertów, kolejnym zaniedbaniem jest brak wyraźnego wydzielenia z PKP spółek zajmujących się infrastrukturą.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama