Nowy numer 24/2018 Archiwum

Tytus uczył się w domu

Chcielibyście sami uczyć swoje dzieci w domu, ale nie bardzo wiecie, jak to robić? Oto kilka sprawdzonych sposobów.

Pamiętają Państwo komiksy o Tytusie, Romku i A’Tomku. Pewnego dnia A’Tomek zamknął się w łazience. Przyjaciele nie wiedzieli, co się dzieje. Wreszcie drzwi się otworzyły. Okazało się, że A’Tomek podłączył odkurzacz do wanny i w ten sposób skonstruował nowy pojazd – wannolot. Tym pojazdem wesoła grupka okrążyła kulę ziemską. Komiksy o Tytusie, Romku i A’Tomku w większości powstały w PRL. W czasie, gdy szkoła była jednym z narzędzi komunistycznej indoktrynacji. Sam Papcio Chmiel dawał jej odpór, tworząc komiksy popijane coca-colą. Nie w coca-coli jednak tkwiła ich siła, ale w przygodach. Te zaś miały na celu przekazywanie wiedzy inaczej niż w oficjalnej szkole. Kiedy więc Tytus musi zdawać poprawkę z geografii Polski, nie zamyka się w szkolnej bibliotece, ani nie wynajmuje korepetytora, ale udaje się w szaloną podróż po kraju. Trudno o komiks bardziej użyteczny dla rodziców uczących swoje dzieci w domu.

Edukacja domowa jest w Polsce możliwa od 1991 roku. Od kilku miesięcy jest o nią łatwiej. Dawniej potrzeba było zgody dyrektora szkoły rejonowej. Dziś wystarczy zapisać dziecko do dowolnej szkoły i tam wystąpić o zgodę na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą – bo taka jest prawna nazwa tej formy uczenia. W praktyce można więc wybrać taką szkołę, która jest przyjazna rodzicom pragnącym uczyć swoje dzieci w domu. Dziecko musi zdawać regularnie partie materiału przewidziane w podstawie programowej i w programach, których używa szkoła. Nie musi jednak uczyć się ich dokładnie tak samo jak w szkole. Wróćmy do komiksowego Tytusa i wyobraźmy go sobie w ławce szkolnej. Trudne, prawda? A teraz pomyślmy o Tytusie w bzikolocie. To już łatwiejsze. Jeden i drugi Tytus uczy się tego samego, ale każdy w inny sposób.

Wyprawa pierwsza: zamek
Nasz rodzinny bzikolot dociera do Zamku Królewskiego. Nie, nie cierpimy na nadmiar czasu. Ale gdybyśmy tego dnia nie polecieli do zamku, spędzilibyśmy go w galerii handlowej i przez cały dzień kupili w niej dokładnie tyle, ile w dwadzieścia minut w wiejskim sklepiku. Za to zamku nie mamy we wsi, warto więc wybrać się do niego bzikolotem. Zamki i pałace lubimy szczególnie, bo są to trójwymiarowe podręczniki. Ot, kilka pomysłów. Wyprawa szlakiem zwierząt zamkowych. Kozłów, papug, byczków i orłów. Zaliczamy w ten sposób elementy geografii, biologii, historii, literatury i wf. (zamkowe posadzki idealnie nadają się bowiem do ślizgania). Następnym razem robimy szlak zegarów. Kiedy indziej – mitologii. Nauczyciel pracujący z trzydziestoosobową grupą będzie na to samo potrzebował dziesięć razy więcej czasu. I pomimo szczerych chęci zanudzi publikę.

W zamku, podobnie jak w Wilanowie i Łazienkach, uczymy się pocztu królów polskich. Przed nami jeszcze wyprawy na Wawel w tym samym celu. Czy dzieci się nudzą? Nie, bo w takim trybie wiedza nie służy do jednokrotnego użytku. Wykucia, zdania i zapomnienia. Ona cały czas jest potrzebna i nieustannie powtarzana. Co więcej, angażuje zmysłowo. Ją widać, słychać, często jej można dotknąć, a nieraz i poczuć.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama