Nowy numer 49/2020 Archiwum

Kryzys opcji

Gdy przychodzi kryzys, to, co jeszcze niedawno było wychwalane, staje się źródłem wszelkiego zła. Tak właśnie jest z opcjami walutowymi.

Całej historii w ogóle by nie było, gdyby Polska znajdowała się w strefie euro. Opcje walutowe to swego rodzaju polisa na życie dla firm, które handlują z zagranicą. Polisa na wypadek wahania wartości złotego. I gdyby nie chciwość banków, pewnie o opcjach walutowych dalej nikt w mediach by nie rozmawiał. Dzisiaj niejedna firma ma poważne kłopoty z powodu instrumentu, na którym jeszcze niedawno zarabiała. Tak, tak, na opcjach całkiem sporo dało się zarobić. Niestety, trend się odwrócił i straty polskich firm z powodu opcji mogą iść – jak oceniają analitycy – w dziesiątki miliardów dolarów.

Polisa od ryzyka
Głównym adresatem opcji walutowych byli ci, którzy eksportowali swoje wyroby. Coraz mocniejszy złoty oznaczał, że ich towary za granicą były coraz droższe. Kosztowały tyle samo złotówek, ale jedna złotówka była warta mniej euro czy dolarów. Konkurencyjność spadała. Można więc było wykupić w banku coś w rodzaju polisy. Gwarancję, że niezależnie od tego, ile euro będzie kosztowało, bank i tak kupi je za określoną cenę. Jak to działało w praktyce? Powiedzmy, że firma X produkuje w Polsce meble. Sprzedaje je za euro w Niemczech. Firma X zdobyła niemiecki rynek udanym modelem kanapy, której wyprodukowanie kosztowało 1000 złotych. W połowie 2006 roku euro kosztowało ponad 4 złote, a więc kanapa – mniej niż 230 euro. To był hit, firma X zaczęła rozwijać produkcję. Ale złoty się umacniał, a wraz z nim drożały w euro meble firmy X. W czerwcu 2008 roku, choć kanapa w Polsce dalej kosztowała 1000 złotych, w Niemczech już 310 euro. Chętnych do kupienia było coraz mniej. Złoty był coraz silniejszy i firma postanowiła się zabezpieczyć. Wyliczyła, że za pół roku będzie miała w kasie 500 tys. euro. Wykupiła w banku Y za kilkadziesiąt tysięcy złotych opcje walutowe. To umowa pomiędzy firmą X i bankiem Y, która mówi, że za pół roku bank odkupi od firmy wspomniane już 500 tys. euro zarobione w Niemczech po kursie, jaki obowiązuje w dniu podpisania umowy. W tym momencie firma X jest ubezpieczona. Nie musi martwić się rosnącą w siłę złotówką. Jeżeli będzie ona mocniejsza (a więc euro będzie tańsze), bank musi odkupić walutę po ustalonej w umowie cenie. Jeżeli złotówka się jednak osłabi, firma X wcale nie musi sprzedawać swoich euro bankowi, może je sprzedać na wolnym rynku, ale wtedy traci pieniądze, za jakie kupiła od banku owe opcje walutowe. To nie żaden dramat. Koszt opcji wcale nie był wysoki.

Ryzyko bez polisy
Okres umacniania się polskiej waluty trwał kilkanaście miesięcy. Wszyscy się do tego przyzwyczaili, a eksporterzy rwali włosy z głów. Banki nie ostrzegały klientów, że tak nie będzie zawsze. Coraz więcej firm wykupywało opcje walutowe, bo po prostu to się opłacało. W końcu ktoś wpadł na pomysł tzw. opcji walutowych bezkosztowych. Produkująca meble firma X też skusiła się na tego typu ofertę. Wykupiła opcje, za które nie musiała nic płacić. Umowa była jednak dwustronna. Tak jak poprzednio bank gwarantuje, że kupi od firmy X walutę za ustaloną cenę. To pozostaje bez zmian. Różnica polega na tym, że teraz firma X wspomniane 0,5 mln euro bankowi musi sprzedać, nawet jeżeli złotówka zacznie tanieć. Sprzedać za kwotę z góry ustaloną, znacznie niższą niż rynkowa. Dodatkowo niektóre firmy wykupywały w bankach pakiety spekulacyjne. Z góry przy wykupywaniu opcji zakładały, że na nich zarobią i brały na siebie większe zobowiązania. Teraz nie dość, że muszą sprzedawać waluty po bardzo niekorzystnych kursach, to również są zmuszone spłacić dodatkowe zobowiązania. Na wszystkim całkiem sporo zarabiały banki, ale umowy zawarte z nimi były legalne. Do wykupywania opcji walutowych nikt nikogo nie zmuszał. Firmy powinny zdawać sobie sprawę z ryzyka. Dlatego pomysł wicepremiera Waldemar Pawlaka, by administracyjnie rozwiązywać umowy opcji walutowych były bardzo złym sygnałem. Rząd tego nie podchwycił, ale mleko już się częściowo rozlało. Premier Pawlak, a teraz PSL chcą stworzyć niebezpieczny precedens. Podpisane umowy powinny być respektowane.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tomasz Rożek

Kierownik działu „Nauka”

Doktor fizyki, dziennikarz naukowy. Nad doktoratem pracował w instytucie Forschungszentrum w Jülich. Uznany za najlepszego popularyzatora nauki wśród dziennikarzy w 2008 roku (przez PAP i Ministerstwo Nauki). Autor naukowych felietonów radiowych, a także koncepcji i scenariusza programu „Kawiarnia Naukowa” w TVP Kultura oraz jego prowadzący. Założyciel Stowarzyszenia Śląska Kawiarnia Naukowa. Współpracował z dziennikami, tygodnikami i miesięcznikami ogólnopolskimi, jak „Focus”, „Wiedza i Życie”, „National National Geographic”, „Wprost”, „Przekrój”, „Gazeta Wyborcza”, „Życie”, „Dziennik Zachodni”, „Rzeczpospolita”. Od marca 2016 do grudnia 2018 prowadził telewizyjny program „Sonda 2”. Jest autorem książek popularno-naukowych: „Nauka − po prostu. Wywiady z wybitnymi”, „Nauka – to lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd”, „Kosmos”, „Człowiek”. Prowadzi również popularno-naukowego vbloga „Nauka. To lubię”. Jego obszar specjalizacji to nauki ścisłe (szczególnie fizyka, w tym fizyka jądrowa), nowoczesne technologie, zmiany klimatyczne.

Kontakt:
tomasz.rozek@gosc.pl
Więcej artykułów Tomasza Rożka

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także