Nowy numer 42/2020 Archiwum

Samobójstwa na zlecenie

Przyczyną śmierci Roberta Pazika było zadzierzgnięcie – stwierdzili biegli we wstępnej opinii o domniemanym samobójstwie więźnia. Problem w tym, że zadzierzgnięcie wskazuje raczej na morderstwo.

Specjaliści od medycyny sądowej byli zdumieni, kiedy właśnie o zadzierzgnięciu poinformował dziennikarzy rzecznik Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce Andrzej Rycharski. Aż dziwne, że w mediach ta informacja przeszła bez większego echa. – Zadzierzgnięcie jest zwykle przypisywane działaniom zbrodniczym, a nie samobójstwom – mówi „Gościowi” dr Mariusz Kobek z Zakładu Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. – Przy „zwykłym” powieszeniu pętla zaciska się pod wpływem ciężaru ciała i siły grawitacji. Jednak przy zadzierzgnięciu jest zupełnie inaczej: siłą zaciskającą pętlę jest najczęściej ludzka ręka. Zadzierzgnięcie zwykle wskazuje na zabójstwo – tłumaczy.

Seryjni samobójcy
Ciało Roberta Pazika, mordercy Krzysztofa Olewnika, znalazł 19 stycznia strażnik w celi zakładu karnego w Płocku. Na szyi Pazik miał pętlę zrobioną z prześcieradła. Drugi koniec prześcieradła był przywiązany do kraty w kąciku sanitarnym. Kąciku, którego nie widzi kamera zawieszona w celi. To, że kamera czegoś nie obejmuje, jest ważne, ale chyba jeszcze ważniejsze jest, że w wielu polskich więzieniach obraz kamer w ogóle nie jest nagrywany. Tak jest właśnie w więzieniu w Płocku. Nie da się więc dzisiaj sprawdzić, czy w nocy 19 stycznia ktoś do celi Pazika nie wszedł. Rzeczniczka Służby Więziennej Luiza Sałapa twierdzi, że takie nocne „odwiedziny” w celi były absolutnie niemożliwe. Argumenty? Takie, że na noc klucze są deponowane w osobnym miejscu. – Nie można wejść do celi w nocy, bo nie ma kluczy! – tłumaczyła w programie „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego. – Do wielu instytucji teoretycznie nie da się wejść – ripostował pełnomocnik rodziny Olewników. Służba Więzienna tuż po znalezieniu ciała podała mediom swoją wersję, według której przyczyną tej śmierci było samobójstwo. Zastanawiające jest jednak, że to już trzecia zagadkowa śmierć w celi wśród członków bandy, która porwała i zabiła Krzysztofa Olewnika. W 2007 roku w olsztyńskim areszcie znaleziono zwłoki herszta bandy, Wojciecha Franiewskiego. Biegli uznali, że się powiesił. Wiadomo jednak, że Franiewski bał się, że zostanie w więzieniu zamordowany. „Okaże się, że zatrułem się kiełbasą albo przedawkowałem narkotyki” – napisał krótko przed śmiercią w liście do sądu. Przed rokiem bardzo podobne „samobójstwo” spotkało bandytę Sławomira Kościuka, który w procesie sypał swoich kompanów. Kościuk też miał na szyi pętlę z prześcieradła. I też stracił życie w płockim zakładzie karnym, tak jak Robert Pazik. W czasie sekcji zwłok okazało się, że miał sińce pod kolanami i na rękach, a jego żebra były połamane. Biegli uznali jednak, że do złamania żeber mogło dojść w czasie próby reanimacji.

Sam się uprowadził
Do porwania Krzysztofa Olewnika doszło w październiku 2001 roku, w nocy, tuż po przyjęciu grillowym, w którym uczestniczyli policjanci z pobliskiego Płocka i Sierpca. Dlaczego bandyci mieli odwagę porwać człowieka odwiedzanego przez policjantów? Prawdopodobnie mieli pewność, że ktoś w policji trzyma nad nimi parasol ochronny. Zwykle sprawy porwań kończą się szybko. Ta ślimaczyła się przez dwa lata. Dlaczego? Zapewne dlatego, żeby powiązani z bandziorami biznesmeni i politycy wyciągnęli od Olewników dodatkowe pieniądze na ratowanie Krzysztofa. Ojciec chłopaka, Włodzimierz Olewnik, sporo płacił ludziom zwodzącym go, że mają dojście do porywaczy. Grzegorz Korytowski, polityk Sojuszu Lewicy Demokratycznej, miał od niego wyciągnąć 160 tys. zł. Ojciec porwanego nagrał jego słowa: „Mniej więcej wiem, gdzie jest syn, ale tego panu nie powiem... Są koszty. Prokurator wziął tyle, komendant tyle” – słychać na nagraniu. Policja długo trzymała się wersji, że Krzysztof sam się uprowadził, żeby wyłudzić pieniądze od własnego ojca. Był nawet na to dowód: biling telefoniczny, wskazujący, że Krzysztof po porwaniu kontaktował się z siostrą. Problem w tym, że ten biling był... sfałszowany. – Do dzisiaj nie jest wyjaśnione, kto go podrzucił do akt – mówi Danuta Olewnik. – Czy, pani zdaniem, zrobił to któryś z policjantów? – dopytujemy. – Któryś z policjantów lub prokuratorów – mówi Danuta Olewnik. Prokuratorzy zlekceważyli też anonimowy list, którego autor wskazał aż dwóch bandytów przetrzymujących Olewnika: Ireneusza Piotrowskiego i Roberta Pazika. Innym razem policjant Krzysztof S. w pobliżu miejsca przetrzymywania Olewnika zatrzymał do kontroli kradziony samochód, prowadzony przez pijanego Piotrowskiego. Policjant wziął jednak łapówkę i wypuścił bandytę.

Torba z okupem
Po dwóch latach od porwania doszło do przekazania okupu. Siostra i szwagier Krzysztofa zrzucili z wiaduktu torbę, w której było 300 tys. euro. Byli umówieni z policją, że ta zabezpiecza akcję. Policjanci jednak nie przyjechali. Nie zabezpieczyli też śladów butów i opon samochodowych wokół miejsca, gdzie upadła torba. Nie zdjęli nawet odcisków palców z lampek rowerowych, którymi bandyci oznaczyli miejsce przekazania okupu, choć wisiały na barierce wiaduktu jeszcze przez tydzień. W czerwcu 2004 roku policjanci przewozili z Płocka do stolicy 16 tomów akt sprawy Olewnika. W Warszawie zatrzymali się, żeby coś zjeść. Kiedy siedzieli w barze, ktoś ukradł im samochód z aktami. Przez przypadek ocalał wtedy dowód z bilingów telefonicznych, który później naprowadził policjantów na Sławomira Kościuka. Policjanci szczęśliwie zapomnieli go dopiąć do przewożonych akt. Na szczęście w drugiej fazie śledztwa znaleźli się policjanci i prokuratorzy z Olsztyna, którzy naprawdę sprawę wyjaśniali.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama