Nowy numer 48/2020 Archiwum

Niemieccy ambasadorzy Polski

Polska jest dla wielu Niemców krajem… nieznanym. Na szczęście są ludzie, którym zależy, by to się zmieniło.

Zamierzchłe wydają się czasy, kiedy Niemcy przysyłali nam paczki żywnościowe. Polska jest teraz w Europie Wschodniej i Środkowej ich najważniejszym partnerem gospodarczym. Wśród niemieckich importerów plasuje się na 13. miejscu. W ubiegłym roku wyeksportowaliśmy do Niemiec towary wartości ponad 24 mld euro (dwustronne obroty handlowe wyniosły ponad 60 mld euro), w tym maszyny, pojazdy, sprzęt gospodarstwa domowego, meble i żywność. Na pytanie: „Z jakim krajem powinniśmy zacieśnić współpracę?” (Rocznik Integracji Europejskiej 2007), Polska otrzymała 30 proc. głosów od respondentów niemieckich, więcej niż jakikolwiek inny kraj Europy Środkowo-Wschodniej, a od wschodnioniemieckich nawet o 9 proc. więcej. Na skali sympatii jednak, według tego samego źródła, wylądowaliśmy na minusie, gorzej niż Niemcy na skali sympatii Polaków.

Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?
Niemcy, z którymi o tym rozmawiam, mówią wprost: Polska jest u nas krajem nieznanym. Brak wiedzy zastępują stereotypy. Odwiedza nas wprawdzie wielu Niemców, na ogół jednak śladami wspomnień: do byłych Prus Wschodnich, ewentualnie na Śląsk. Poza tym oczywiście trasa: Gdańsk, Warszawa, Kraków. Mówię nieraz młodym ludziom: jedźcie w Bieszczady, to będzie dla was atrakcyjne, albo na Suwalszczyznę. A gdzie to jest? – pytają.

Ursula von Dallwitz-Wegner (na zdjęciu) z Heidelbergu też należała do tych, dla których Polska nie istniała. Nawet stan wojenny uszedł jej uwadze. Ale kiedy kilkanaście lat temu Polak imieniem Emil, były robotnik przymusowy w majątku jej rodziców niedaleko Wrocławia, napisał do niej serdeczny list i zaprosił w odwiedziny, pojechała chętnie. Wróciła wzruszona gościnnością Polaków, z mocnym postanowieniem, że trzeba coś zrobić dla poprawy wzajemnych stosunków. – Czy wtedy, w majątku prowadzonym razem ze swoją matką, przyszło pani kiedyś do głowy, że ci robotnicy, którzy u was pracują, nie są tu dobrowolnie? – zapytałam.– Szczerze mówiąc, zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. Trwała wojna, potrzebna była siła robocza, którą nam przydzielono. Robotnicy niemieccy poszli na front, mój ojciec też. Zgłosił się dobrowolnie, bo nie należał do entuzjastów Hitlera i miał bezustannie na pieńku z komitetem powiatowym NSDAP. Myślał, że idąc do wojska, uratuje siebie, nas i majątek. Ale już nie wrócił. A my z matką uciekłyśmy w styczniu 1945 przed Armią Czerwoną. Nigdy nie lubiłam Związku Wypędzonych. Zawsze było dla mnie oczywiste, że utraciliśmy ziemie na skutek wojny, którą wszczęły Niemcy hitlerowskie. Całą duszą popierałam politykę Willy Brandta. Choć gdy po raz pierwszy po wojnie – z Emilem właśnie – pojechałam do naszego majątku, to się popłakałam.

Gdy wróciła do Heidelbergu, fundacja im. Eberta organizowała właśnie dni polskie. Polska stała się modna, bo stanowiła wówczas temat przewodni międzynarodowych targów książki we Frankfurcie nad Menem. Ursula von Dallwitz zapytała kuratora wystawy, zorganizowanej w ramach dni polskich: Jakie jest zainteresowanie tą imprezą? Powiedział: Duże, ale niektórzy nie wiedzą, gdzie Polska leży. No to trzeba coś zrobić – postanowiła. Miała wtedy 80 lat. Za sobą działalność w Związku Pomocy Bezdomnym, który założyła wraz ze znajomą i początkowo finansowała z własnych pieniędzy. Teraz jednak uznała, że związek kwitnie i może się bez niej obyć. Nagle poczuła się odpowiedzialna za popularyzację Polski wśród swoich rodaków.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama