Nowy numer 44/2020 Archiwum

Do dziś słyszę szum tej wody…

Decyzja o aborcji wydawała im się łatwa i logiczna. Dopiero potem zaczęło się ich „piekło”. Teraz marzą tylko o tym, by kiedyś móc sobie wybaczyć.

Dwie kobiety zgodziły się opowiedzieć mi kawałek swojego życia. Pani Barbara czekała na mnie w swoim domu. Elegancka, spokojna – tylko nerwowe ruchy dłoni zdradzały, że nie jest to łatwa rozmowa. Pani Zofia, delikatna blondynka, nie chciała spotkać się w domu. – Łatwiej będzie mi mówić w bardziej anonimowym wnętrzu – wytłumaczyła. Dwa różne losy, dwie różne osoby, a jednak ich opowieści są podobne. Łączy je jedna zła decyzja, która położyła się cieniem na całym życiu.

Barbara: mój syn Jacek
– Miałam wtedy 30 lat, dwoje dzieci, pracowałam zawodowo, często popołudniami. Sytuacja w małżeństwie była trudna. Mąż nie zajmował się dziećmi. Nie wyobrażałam sobie nawet obecności trzeciego dziecka. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, byłam bardzo przybita. Mąż nie chciał słyszeć o kolejnym dziecku. Troje dzieci w naszym środowisku było odbierane prawie jak… patologia. Jestem osobą wierzącą, słyszałam, że aborcja jest złem, ale myślałam: co ksiądz o tym wie, ja mam trudne warunki życiowe… Podświadomie czekałam na to, że ktoś powie: „przemyśl to, pomogę ci”, ale nic takiego się nie zdarzyło. Kiedy poszłam do gabinetu, lekarz zupełnie nic nie mówił, poza podaniem mi terminu. A więc i ja chciałam traktować to jako zabieg, jak wizytę u dentysty. Najbardziej przeżyłam chwilę, kiedy po wszystkim lekarz kazał mi iść do łazienki. Do dziś słyszę szum wody spłukiwanej w ubikacji…

Nie winiłam mojego męża, całą winę brałam na siebie. Jednak wiem, że gdyby wtedy powiedział: „nie martw się, jakoś sobie poradzimy” – nie zabiłabym mojego dziecka. Wystarczyłoby jedno zdanie. Po powrocie do domu tłumaczyłam sobie, że zrobiłam coś, do czego miałam prawo, że teraz zajmę się dobrze dziećmi, swoimi obowiązkami. Jednak z każdym miesiącem ogarniała mnie coraz większa pustka. Myślałam, żeby urodzić kolejne dziecko, że ono zastąpi tamto. Jednak to było niemożliwe, z mężem miałam bardzo złe relacje. Czułam lęk, że mąż ujawni naszą potworną tajemnicę rodzinie, znajomym. Pił coraz więcej, a ja – ze strachu – stwarzałam mu komfort picia. Milczałam, nie krytykowałam go. Minęło kilkanaście lat. Nasze małżeństwo znacznie się poprawiło. Jednak wciąż, kiedy widziałam rodzinę z trójką dzieci – jaką my też moglibyśmy być – czułam ogromny ból i żal, którego nie byłam w stanie wyrazić…

Kiedyś na wczasach obsesyjnie chodziłam za dziewczynką, która często po ośrodku wczasowym poruszała się sama… Ona była w tym samym wieku, w jakim mogło być moje dziecko. Zaczęłam się sama siebie bać… Kiedy urodził się mój wnuczek, poczułam, że nie jestem w stanie wziąć go na ręce, nie jestem godna! Byłam przerażona, tłumaczyłam, że już zapomniałam, jak to się robi. I wtedy moja cudowna synowa, jak generał, powiedziała: proszę wyciągnąć ręce! Ja jak automat wykonałam polecenie. A ona włożyła go w moje dłonie. Żeby radzić sobie dalej z życiem i ze sobą postanowiłam poszukać pomocy. Trafiłam na terapię dla kobiet po aborcji. Elementem terapii było powiedzenie o wszystkim bliskim. Napisałam listy do moich dorosłych synów, w których powiedziałam im całą prawdę. Synowie zachowali się wspaniale. Moje nienarodzone dziecko – jestem pewna – było chłopcem. To był mój syn, nadałam mu imię Jacek.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama