Nowy numer 43/2020 Archiwum

Siniaki Jasia pod lupą

Stwórzmy centralny monitoring losów dziecka, żeby uniknąć kolejnych tragedii – mówi część posłów. – To wchodzenie państwa z butami do każdej rodziny – oponują inni. Kto ma rację?

Po tragicznej śmierci 3,5-letniego Bartka, zakatowanego przez konkubenta jego matki, wróciło pytanie, czy można uniknąć podobnych zbrodni, jeśli będzie działał system gromadzący dane na temat dziecka. Taki pomysł forsuje m.in. poseł Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister pracy i polityki społecznej. Chce stworzyć wielką bazę danych, gdzie informacje o niepokojących znakach przemocy na ciele dziecka będą umieszczać pedagodzy, lekarze, pracownicy opieki, policjanci. Projekt jest właściwie gotowy, potrzebna jest tylko akceptacja rządu. Pojawiają się jednak wątpliwości, czy nie grozi to ciągłą inwigilacją wszystkich rodzin w Polsce. Kluzik-Rostkowska odpowiada: nie każde dziecko znajdzie się w bazie danych i nie każdy będzie miał wgląd do tych informacji.

Jak reagować?
Obecnie wygląda to tak, że lokalne instytucje – lekarz, pedagog, opieka społeczna i policja – wykonują „swoją robotę” i koniec. Ewentualna interwencja sądu czy opieki społecznej jest możliwa, dopóki rodzina mieszka w danej miejscowości. Ale w momencie jej wyprowadzki (jak w przypadku Bartka i jego opiekunów), sprawa „przepada”, bo urzędnicy z nowego miejsca nie są poinformowani o patologicznej historii przybyszów. Obecny system działa też tak, że można tylko zabrać ofiarę przemocy do domu dziecka lub rodziny zastępczej.

Nie ma mechanizmu, który pozwoliłby odpowiednio wcześnie zareagować na przemoc w rodzinie i zapobiec nieszczęściu. Lekarz, pedagog czy policjant ma informacje o bitym dziecku na swoim biurku, w swoim komputerze. Poza tym czują się często bezradni, nie wiedząc, jak zareagować na przykład na ślady pobicia na ciele dziecka. Przeprowadzono kiedyś badania na temat, czy służby publiczne są przygotowane do reagowania na przemoc w rodzinie. – Lekarze sami przyznawali, że są bezradni w ocenie sytuacji, kiedy coś podejrzewają, bo widzą na przykład stare siniaki u dziecka, ale boją się powiadomić prokuraturę – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska.

„Donosiciele”
Monitoring losów dziecka miałby rozwiązywać takie dylematy lekarzy, pedagogów i innych instytucji. Jeśli zauważą jakieś niepokojące znaki na ciele dziecka, mogą wprowadzić te informacje do bazy danych, posługując się słowami-kluczami, które pozwolą identyfikować problem. Informacja lekarza o dziecku spotka się w systemie z informacją od pedagoga czy policjanta. I na przykład pracownik socjalny, otwierając swój komputer, będzie miał w nim informację, że są jakieś niepokojące sygnały odnośnie do Jasia Kowalskiego. Wtedy będzie musiał pójść do danej rodziny, żeby przeprowadzić wywiad środowiskowy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także