Nowy numer 48/2022 Archiwum

Świat bez Rosji

Rosja jest równie niebezpieczna, gdy odnosi sukcesy na wojnie, jak i wtedy, gdy zaczyna przegrywać. Ukraina, Europa i świat będą bezpieczniejsze dopiero wówczas, gdy Rosja przegra ostatecznie.

Wojna w Ukrainie weszła w nową fazę, nie mniej groźną od poprzedniej. Ważą się losy pokoju w Europie i na świecie. Czy jest jakakolwiek – po ludzku – szansa na uniknięcie globalnego kataklizmu?

Zraniony niedźwiedź

Z nadzieją patrzyliśmy na zrzucane rosyjskie flagi w odbitym przez Ukraińców Łymanie w obwodzie donieckim. Chcemy wierzyć, że masowe ucieczki mobilizowanych na wojnę Rosjan to zapowiedź klęski Putina, a protesty w kaukaskim Dagestanie rozleją się na pozostałe republiki. Za propagandowy teatr dla rosyjskich elit uznaliśmy ceremonię podpisania dekretów o anektowaniu do Rosji czterech okupowanych obwodów ukraińskich… I można by tak jeszcze długo wymieniać wszystkie wydarzenia, które wielu komentatorów ośmieliły do ogłoszenia już praktycznie wygranej Ukrainy w tej wojnie.

Cały szkopuł w tym, że ewidentne problemy Rosjan na froncie i klęska pierwotnego planu Putina, zakładającego błyskawiczny podbój Ukrainy, nie przesądzają o losach tej wojny. Co gorsza, mogą popchnąć Putina do jeszcze bardziej szalonych kroków, z użyciem broni atomowej włącznie (podziwiam optymizm wszystkich, którzy takie zagrożenie uznają za całkowicie wykluczone). Mocno zraniony i rozwścieczony, ale nadal niepokonany ostatecznie niedźwiedź może wyrządzić jeszcze wiele szkód. Tyle tylko, że alternatywą dla osłabiania Rosji bynajmniej nie jest pójście z nią na kompromis, jakiekolwiek ustępstwa terytorialne czy „niedopuszczenie do upokorzenia”, jak postulował jeszcze niedawno prezydent Francji. Dziś już chyba wszyscy zdają sobie sprawę, że oddanie choćby koniuszka palca zawsze ośmielało Putina do jeszcze większej agresji. I z pewnością upadek Ukrainy stałby się zachętą do kolejnych podbojów. Nie zmieni tego również nawet możliwa wymiana władcy Kremla.

Przepis na pokój?

Alternatywą jest wyłącznie całkowita klęska Rosji – w wymiarze militarnym i prawdopodobnie również w wymiarze egzystencjalnym. Mówiąc wprost: Ukraina i Europa nie zaznają spokoju, dopóki Rosja będzie miała jakiekolwiek zdolności do odbudowy swojego potencjału militarnego i dopóki państwo rosyjskie w obecnym kształcie będzie istniało. Choć trudno sobie dziś wyobrazić taki scenariusz, to jeśli chcemy w ogóle myśleć o spokojnej przyszłości w Europie, zacznijmy przynajmniej marzyć o świecie bez Federacji Rosyjskiej, a co najwyżej z małym państwem rosyjskim – zdemilitaryzowanym i objętym międzynarodową kontrolą oraz stopniowym niszczeniem jego arsenału nuklearnego (również w pozostałych częściach dawnego związku). Rozbicie tak potężnej federacji na małe państewka może oczywiście generować zupełnie nowe konflikty, walkę o dominację i całą paletę innych problemów, ale na razie wiadomo tylko o problemach i zagrożeniach, jakie stwarza Rosja w obecnym kształcie. Czy ostatnie wydarzenia pozwalają wierzyć, że ta utopijna na pierwszy rzut oka wizja może stać się rzeczywistością?

Bunt na Kaukazie

„Dlaczego zabieracie nasze dzieci na wojnę? Czy Rosja została napadnięta? Nie, to Rosja napadła na Ukrainę!”. Te słowa wykrzyczały w twarz wojskowym matki i żony mężczyzn wezwanych do komisji poborowych w Dagestanie, republice kaukaskiej wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej. Światowe media obiegły nagrania z burzliwych demonstracji, jakie przetoczyły się w wielu miastach Dagestanu. Do nieco mniej gwałtownych protestów doszło w innej republice, Buriacji, z której dotąd pochodziło najwięcej rekrutów w pierwszych dwóch fazach wojny. W Inguszetii stronę poborowych wzięli nawet urzędnicy, którzy wysyłali dziesięciokrotnie mniej wezwań, niż wynikało to z wytycznych z Moskwy. Jeszcze dalej, choć z zupełnie innych powodów, posunął się Ramzan Kadyrow, który odmówił jakiejkolwiek rekrutacji spośród Czeczenów – tu akurat wywołało to zdziwienie, bo czeczeński przywódca uchodzi za najwierniejszego Putinowi lidera kaukaskich republik. Łatwo to jednak wytłumaczyć: po pierwsze jego ludzie w pierwszej fazie wojny mocno zasilali szeregi rosyjskiej armii, więc teraz uznał, że pora na innych. Jakby na potwierdzenie wysłał swoich żołnierzy… właśnie do Dagestanu, by pomóc Moskwie w mobilizacji niepokornych.

Gra na rozbicie

To wszystko pokazuje, że poza małymi wyjątkami nie ma na razie mowy o powszechnym zrywie republik przeciwko Moskwie. Wprawdzie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wygłosił orędzie, skierowane do nierosyjskich narodów Federacji Rosyjskiej, aby masowo protestowały przeciwko mobilizacji; wprawdzie zrobił to na tle wizerunku wodza, który w XIX wieku walczył o niezależność Dagestanu od Rosji (tu kolejny ukłon wobec sztabu Zełenskiego za trafne odwoływanie się do symboliki rozumianej przez adresatów). Mimo wszystko ciągle za wcześnie, by mówić o silnym przebudzeniu narodów w Rosji. Ale jest również jasne, że i Zełenski, i jego sojusznicy z Zachodu rozpoczęli już proces, który ma zaowocować faktycznym rozpadem Federacji Rosyjskiej. Zarówno bowiem w Kijowie, jak i w Londynie i Waszyngtonie dobrze wiedzą (a w Berlinie i Paryżu mogą się zacząć tego w końcu uczyć), że nawet rozbicie wojsk rosyjskich na Ukrainie i odbicie w całości wschodnich i południowych obwodów okupowanych nie rozwiąże problemu z Rosją. Gra toczy się naprawdę o rozbicie imperium zła, jakim jest Federacja Rosyjska, wierna spadkobierczyni ZSRR.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się