Nowy numer 48/2022 Archiwum

Pogranicze w słońcu

Konik jaki jest, każdy widzi. Na Roztoczu zobaczy jeszcze więcej.

Siedemnasty wiek. Zamojscy, od końca poprzedniego stulecia gospodarzący Ordynacją Zamojską – wielkim, niepodzielnym majątkiem nadanym im przez króla – zakładają na swoim terytorium zwierzyniec. Część swojej posiadłości otaczają parkanem, chroniąc w ten sposób żyjące na tym terenie łosie, daniele, jelenie, sarny czy dziki.

Dwudziesty pierwszy wiek. Nie ma już ordynackiego zwierzyńca – jest za to Zwierzyniec nazywany „perłą Roztocza”. To urocze, kilkutysięczne miasteczko jest siedzibą Roztoczańskiego Parku Narodowego, który z powodzeniem kultywuje tradycje ochrony przyrody na tych terenach.

A jest co chronić! Spotkać tu można roślinność siedmiu obszarów geograficznych – od tych charakterystycznych dla Europy Północnej, będących pamiątką okresu polodowcowego, przez roślinność stepową czy górską, aż po rośliny południowe. Dla nich warunki są idealne – Roztocze to najbardziej nasłoneczniony zakątek Polski, słońce świeci tu ponad sto dni w roku! Ochrony potrzebuje też fauna: ponad 3630 gatunków, w tym 340 gatunków kręgowców! Gdy czyta się parkowy spis lokatorów, trudno powstrzymać uśmiech. Żyją tu na przykład świdrzyk zwodniczy, zgniotek szkarłatny, zalotka większa czy nocek wąsatek.

Oko w oko z wilkiem

Nazwa Ośrodek Edukacyjno-Muzealny kojarzyć się może z salami wypełnionymi dużymi, przykurzonymi fotografiami i planszami zadrukowanymi drobnym maczkiem, z tekstami bogato okraszonymi słownictwem łacińskim i skomplikowaną terminologią. Wystawa „W krainie jodły, buka i tarpana” w parkowym ośrodku burzy wszystkie te wyobrażenia. Zaraz po przekroczeniu drzwi otacza nas błękit. Znajdujemy się na dnie głębokiego, ciepłego morza kredowego, które 65 milionów lat temu znajdowało się na tych terenach. Kilka chwil później przenosimy się do realiów Jurassic World: stajemy oko w oko z potężnymi dinozaurami, których ślady znaleziono na tych terenach – roślinożernym hadrozaurem i mięsożernym teropodem. Wystawa składa się z 11 dioram, czyli naturalnej wielkości makiet, przedstawiających 17 środowisk Roztoczańskiego Parku Narodowego. To niezwykły, multimedialny spektakl, wykorzystujący eksponaty, światło i dźwięk, aby przenieść zwiedzających wprost w serce lasu.

Zanurzając się w świat przyrody, podziwiamy pierwotną puszczę z powalonymi, zmurszałymi pniami drzew będących pokarmem dla tysięcy organizmów. Pomiędzy nimi odpoczywa niedźwiedź brunatny, dziś niewystępujący już na tych terenach. Przechodząc pod gałęziami, warto spojrzeć do góry. Można dostrzec wylegującego się na gałęzi rysia czy ukrytego między liśćmi puszczyka. Nieco dalej pomiędzy zaśnieżonymi krzewami dwa wilki czają się do skoku na niczego nieświadomego dzika. Ich zęby są wyszczerzone, gotowe, by zaatakować ofiarę. Wszystkie zwierzęta – a są ich na wystawie dziesiątki – to autentyczne okazy, a nie sztuczne makiety. Jak zapewnia Paweł Marczakowski, autor projektu, żadne z nich nie zostało jednak zabite w celu umieszczenia go w muzeum. Wystawa pozwala przyjrzeć się z bliska gatunkom, które na wolności występują skrajnie rzadko bądź już całkiem na tym terenie wyginęły, jak głuszce, cietrzewie czy żbiki. Eksponaty, które znajdują się na wyciągnięcie ręki, można swobodnie dotykać. To może jedyna okazja, żeby złapać za imponujące poroże jelenia albo pogłaskać delikatną, jedwabistą sierść konika polskiego. Możemy też zobaczyć, jak las zmienia się na przestrzeni roku. W kilka chwil z jesiennej barwnej scenerii przenosimy się w zaśnieżone ostępy, aby za moment podziwiać kwiaty wczesnowiosennego buczynowego lasu.

Echo galopu

Wizyta na niezwykłej wystawie to dobry wstęp do wędrówki po prawdziwych lasach. Roztoczański Park Narodowy aż w 95 proc. składa się z terenów leśnych, głównie borów sosnowych i jodłowych, a także połaci buczyny karpackiej. Zagłębiając się w leśne ostępy, po kilku kilometrach wędrówki lub jazdy rowerem można dotrzeć do wyjątkowego zakątka – osady Florianka. W tamtejszej Izbie Leśnej zobaczymy, jak wyglądało życie i praca u progu poprzedniego stulecia. To dawna leśniczówka z zachowanym obejściem: jest stodoła, stajnia z oborą, powozownia, piwnica – wszystko powstało w tym miejscu ok. 1883 roku. W jej sąsiedztwie znajdują się dawne szkółki drzew leśnych i ozdobnych oraz pozostałości dawnych sadów. Dziś na rynku nie znajdziemy tylu rodzajów owoców, ile tutaj było odmian jabłoni, grusz, wiśni czy czereśni. Tak to planowano, żeby na każdy miesiąc były jakieś owoce, szczególnie jabłka. Zaczynano od maja papierówkami, a kończono złocistymi i szarymi renetami, które musiały leżeć kilka miesięcy, żeby dojrzeć, i wyjmowane w lutym czy marcu z plew – ostrych pozostałości po wymłóconych kłosach zbóż, chroniących jabłka przed mrozem i owadami – smakowały rewelacyjnie.

Prawdziwą perłą Florianki jest jednak Ośrodek Hodowli Zachowawczej. Tu pod okiem specjalistów hodowane są owce rasy uhruskiej, bydło czerwone i białogrzbiete, ale przede wszystkim symbol parku – koniki polskie. To potomkowie wymarłych już tarpanów – dzikich koni, które żyły w zwierzyńcu Zamojskich do końca XIX wieku. Niekonserwowany płot, którym ogrodzony był zwierzyniec, uległ zniszczeniu i żyjące w nim zwierzęta rozpierzchły się po okolicy. Wyłapywane przez miejscowych, krzyżowane były potem z końmi gospodarskimi. W ten sposób powstała nowa rasa, której nazwę nadał w 1925 roku prof. Tadeusz Vetulani. Koniki polskie są niewielkie – w kłębie osiągają do 140 cm, mają czarne, bujne grzywy i charakterystyczną pręgę na grzbiecie. Każdy z nich – podobnie jak ludzie – ma swój temperament, ale charakteryzuje je ogromna ufność w stosunku do człowieka, są też niezwykle odporne na niesprzyjające warunki atmosferyczne.

Obecnie we Floriance w hodowli stajennej znajduje się ok. 40 osobników. Koniki poddawane są przynajmniej sześciomiesięcznemu treningowi przygotowującemu je do użytkowania zaprzęgowego – w bryczce czy saniach – oraz pod siodłem. Oprócz gromady w stajni atrakcją parku jest także dziki tabun, składający się z ok. 20 koników, który przy odrobinie szczęścia można zobaczyć w okolicach stawów Echo – malowniczych, płytkich zbiorników wodnych znajdujących się niedaleko Zwierzyńca. Tabun ten żyje w półnaturalnych warunkach. Jedynie zimą, przy szczególnie obfitych opadach śniegu, zwierzęta dokarmiane są sianem. W pozostałym czasie same zdobywają dla siebie pokarm, a klacze w tabunie co roku rodzą w sumie 5–6 młodych.

Pierwszorzędny wododział

O ciągnącym się od Kraśnika do Lwowa Roztoczu godzinami opowiadać może Tadeusz Grabowski, zastępca dyrektora RPN. Zna tu chyba każdą ścieżkę, geologia tych terenów też nie ma przed nim tajemnic. – Znajdujemy się w ważnym miejscu oddzielającym platformowe struktury Europy Wschodniej od tych fałdowych Europy Zachodniej, nazywanym strefa Teisseyre’a-Tornquista – wyjaśnia, zdradzając przy okazji, skąd wzięła się nazwa tej krainy geograficznej. – Według starszej siostry historii – legendy – nazwa pochodzi od zachwycających widoków, które się tu roztaczają. Ale to wyjaśnienie można włożyć między bajki. Nazwa w rzeczywistości ma etymologię ruską – roztocia to źródło, wododział, strefa dystrybucji wody. I tak właśnie jest. Roztocze jest wododziałem pierwszego rzędu, rozdzielającym zlewnię Morza Bałtyckiego od zlewni Morza Czarnego – tłumaczy dyrektor.

Roztoczańskie spotkanie Wschodu i Zachodu odbywa się jednak nie tylko na poziomie geologii. W parku spotkać można zwierzęta charakterystyczne dla naszych wschodnich sąsiadów, których próżno szukać w innych częściach Polski. – W Europie Zachodniej mamy rzekotkę leśną, a u nas żyje rzekotka wschodnia, mamy padalca nie europejskiego, ale kolchickiego, minoga nie europejskiego, ale ukraińskiego – wymienia jednym tchem Tadeusz Grabowski. Roztocze to kraina pogranicza – państw, regionów, kultur. Od zawsze pocięta granicami administracyjnymi różnej rangi, nie wykształciła tak spójnej kultury, jaką można zaobserwować w przypadku Bojków, Łemków czy innych górali karpackich. Odwiedzając roztoczańskie miasteczka, widać jak na dłoni ich różnorodność.

Jeśli ktoś chce zobaczyć renesans lubelski, to nie ma lepszego miejsca niż Roztocze. Stojąc na rynku w Szczebrzeszynie, ujrzy kościół katolicki, cerkiew i synagogę, dziś zamienioną na dom kultury. Drewniane cerkwie w Żółkwi, Potyliczy i Radrużu wpisane są na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO – opowiada z pasją wicedyrektor parku. UNESCO dostrzegło walory tego regionu i w 2019 roku Roztocze znalazło się w programie „Człowiek i biosfera” jako Transgraniczny Rezerwat Biosfery „Roztocze”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Agnieszka Huf

Z wykształcenia pedagog i psycholog, przez kilka lat pracowała w placówkach medycznych i oświatowych dla dzieci. Absolwentka Akademii Dziennikarstwa na PWTW w Warszawie. Współpracowała z miesięcznikiem „Różaniec”, portalami „Stacja7” i „Aleteia” a także z katowickim oddziałem „Gościa Niedzielnego”. Autorka książki „Zawsze myśl o niebie: historia Hanika - ks. Jana Machy (1914-1942)”. W „Gościu Niedzielnym” od stycznia 2021 odpowiada za media społecznościowe. Interesuje się turystyką górską, literaturą faktu, życiem Kościoła i nową ewangelizacją. Obszar specjalizacji: Zagadnienia społeczne, niepełnosprawność, psychologia, tematyka rodzinna.

Kontakt:
agnieszka.huf@gosc.pl
Więcej artykułów Agnieszki Huf

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się